DiscoverAkademia Płodności
Akademia Płodności
Claim Ownership

Akademia Płodności

Author: Akademia Płodności

Subscribed: 0Played: 12
Share

Description

Cześć, tu Ania i Zosia. Od ponad 10 lat układamy diety płodności, które pomogły spełnić marzenia o rodzicielstwie tysięcy osób. Otulamy wsparciem tych, którzy wciąż czekają – bo wiemy, jak smakuje widok 1 kreski na teście ciążowym i jak wielkie znaczenie ma czuła obecność kogoś, kto naprawdę rozumie jak „tam” jest.
100 Episodes
Reverse
Podążanie za marzeniami czasem brutalnie kładzie na kolana. W mozolnym trudzie podnoszenia się z nich, w obawie przed kolejnym upadkiem szukacie filarów, o które możecie oprzeć swoje nadzieje. W poszukiwaniu drogi do macierzyństwa chcecie zbudować most do źródła, w którym płynie rozpoczęta już wcześniej historia. Historia, która także szuka oparcia dla swoich nadziei na przyszłość.   Jak połączyć dwa światy, które tak bardzo potrzebują siebie wzajemnie? Czy można ugasić pragnienie macierzyństwa i rodzicielstwa, pijąc ze źródła adopcji?  Czy podążanie za swoimi marzeniami może być samolubne, szlachetne i altruistyczne jednocześnie?   Zapraszamy do wysłuchania podcastu.  Plan odcinka Nasza droga do płodnej nadziei Adopcyjny test ciążowy i pierwsze zdjęcie USG – czy to możliwe?  Uroki rodzicielstwa adopcyjnego – wszyscy jesteśmy tacy sami Żyćko kołem się toczy, czy gdzieś zapisany plan?   Zosia.: Hejka. Dzisiaj wyjątkowo słyszycie tylko mój głos, bo Aniusia zaniemogła i jest troszkę chora, a umówiłyśmy się dzisiaj na nagrywki z wyjątkową osobą, dlatego bardzo nie chciałyśmy ich przekładać.    Przed chwilą skończyłam nagrywać podcast z Pauliną… teraz, jak to mówię, to się uśmiecham:) (możecie to usłyszeć), ale przed chwilą byłam nieźle spłakana i chciałabym Was na to przygotować, że ten podcast, który nagrałyśmy jest tak bardzo prawdziwy, jest tak bardzo ludzki.    Paulina jest mamą adopcyjną i o tym właściwie była ta rozmowa, ale jak zdecydujecie się jej zaraz przesłuchać, to usłyszycie, że była również o wielu innych bardzo pobocznych tematach.   Nagrywam ten wstęp, bo cała nasza rozmowa… w tej całej naszej rozmowie byłam tylko tłem i bardzo nie chciałam się wcinać Paulinie w jej historię, bo Ona po prostu płynęłam z tym tematem. Ona sama była reżyserką tego podcastu – właściwie można tak powiedzieć. I, mimo że wcześniej z Anią przygotowałyśmy bardzo wiele pytań, zostawiłyśmy Wam nawet na Instagramie okienko do ich zdania, to Paulina większość z nich zamknęła w swoim (można powiedzieć) monologu. Więc zrobiła to w swoim tempie, na swoich zasadach, dokładnie tak, jak chciała, do tego stopnia, że muszę Wam dograć ten wstęp, bo po prostu, jak się połączyłyśmy to, zaczęło się flow i zaczęła płynąć i nie miałam nawet serca, żeby jej przerywać. I po to ten wstęp, żeby zaprosić Was do niesamowitej rozmowy i do wspaniałego świata rodziców adopcyjnych, którego głosem dzisiaj – takim frontmanem – była właśnie Paulina, która jest mamą w tym całym zgranym teamie (zespole).  Bardzo, bardzo serdecznie zapraszam Was do świata Tej Rodziny i tej drogi do rodzicielstwa, do macierzyństwa, a Paulinie… Paulinko Tobie, (co mówiłam już przed chwilą) jestem Ci szalenie wdzięczna i tak bardzo z Ciebie dumna, za to, że dałaś radę i zechciałaś, i przelałaś tyle Waszej historii do świata Internetu, i do tego, żeby stał się teraz takim publicznym głosem. Wierzę w to, że zbierze to przeogromne plony.    Zapraszam Was bardzo do rozmowy z Pauliną.   Cześć. Tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań.   Nasza droga do płodnej nadziei   Zosia: No dobrze. To zaczynamy Misiaku dobra? Paulina: Dobra. Więc zaczęłam sobie takim pięknym cytatem, że “piszesz kolejny rozdział swojego życia, więc… Wow! Szybko się zaczyna… Z.: Spokojnie, na luziku… P.: W sensie… to będzie emocjonujące, bo… to może inaczej…. Każdy ma plan na swoje życie. Prawda? Więc jak (my) bardzo szybko wzięliśmy ślub, bardzo… W sensie, byliśmy młodziakami i wszyscy wtedy zakładali, że jestem w ciąży, bo kto bierze ślub w wieku 23 lat.  Nie byłam w niej (w ciąży)…  Nie byłam w niej tak naprawdę nigdy.  Plan zakładał bliźniaki i od początku twierdziliśmy, że na pewno kiedyś adoptujemy dziecko. Więc w sumie, w planie początkowym ta adopcja była właściwie naturalna i oczywista. Ten plan legł w gruzach po, tak naprawdę myślę, że takich bitych ośmiu latach takiej walki. Takiego odbijania się od lekarzy. Takiego szukania pomocy właściwie wszędzie. No i tak trafiłam na Akademię Płodności. Więc Akademia Płodności również była jedną z części naszej walki, bo chyba mogę nazwać to walką. Ale Akademia Płodności pomogła mi (na pewno) w wyregulowaniu moich wyników. Po tak dużej ilości badań, zabiegów i w ogóle. Badań drożności jajowodów, zabiegów u mojego męża, gdzie wykonaliśmy absolutnie wszystko, o co nas lekarze prosili. Akademia Płodności i Wasza dieta pomogła mi na pewno uregulować moje wyniki. Więc tutaj w ogóle było ,,chapeau bas (kapelusze z głów), brawo, super, że Pani tak zrobiła”. Więc zadbałam o swoje zdrowie dzięki Wam – to na pewno. I tak sobie kiedyś marzyłam, że będę tym jednym, takim puzzelkiem, takim kafeleczkiem na Instastory, że ,,nam też się udało”. A oto proszę… nagrywam podcast, mam swój własny post u Was, na Waszym profilu. Więc to jest ukłon w Waszą stronę, że tak naprawdę działacie po to, żeby wszystkie te pary, które tak marzą o dziecku, mogły spełnić swoje marzenie. A my jesteśmy trochę inną historią, a mimo wszystko pamiętacie też o takich osobach. I Instagram łączy ludzi. Czego przykładem jesteśmy teraz, i Instagram łączy ludzi, bo przez przypadek trafiłam na konto jednej z dziewczyn… kobiet. Nie chciałabym podawać nicku (jej danych), bo nawet nie zapytałam, czy mogłabym to zrobić. Więc zostawię ją – jeśli będzie tego słuchała, będzie wiedziała, że to o Niej mówię i wszyscy bliscy moi będą wiedzieli, że to o Niej mówię. Bo dzięki Niej, ta adopcja i to wszystko, co się wokół niej kręciło, cały proces – ciężki proces tak naprawdę, i to co teraz też się dzieje, że wiem, że nie jestem sama, że nie zwariowałam, że to wszystko, co czuję jest oczywiste, że wszyscy ludzie, którzy adoptowali dzieci mogą mieć takie odczucia. Nie jestem dziwnym człowiekiem, jeśli to wszystko czuję i cały ten proces adopcji, też dzięki Niej, był (dla mnie), był taki lżejszy trochę chyba. Mogłam się podzielić, że ja mogłam się zapytać. Ona jest mamą dwóch chłopców. Już takich dużych chłopców. Jeden, to jest nastolatek, a drugi to taki pierwszak albo drugoklasista, ale nie pamiętam już teraz. W każdym razie chłopcy już są starsi, więc Ona jest już bardziej doświadczoną mamą adopcyjną niż ja, bo u nas historia dopiero zatacza swoje dwuletnie koło, więc to dość świeże. Tak naprawdę, wracając do tego wszystkiego, co nas spotkało, no to może… nie to, że się poddaliśmy. Daliśmy sobie chyba spokój. Nie mieliśmy już zasobów chyba też takich zdrowotnych – psychicznie. Trochę nie mieliśmy już też zasobów finansowych, żeby pomyśleć w ogóle… chociaż, może tak powiem. Lekarze odradzali nam in vitro i inseminację, tzn. “in vitro może byście się zastanowili, ale inseminacja to w waszym przypadku jest kompletnie bez sensu”. No dobra, no to w takim razie na początku było, że na in vitro nie mamy kasy, a później myśleliśmy: da się tę kasę zorganizować, tylko czy my chcemy? Czy my jeszcze damy radę, czy jakby jeszcze to dźwignę? Bo jak to się nie uda, to ja się już kompletnie załamię i poddam. No i daliśmy sobie spokój w ogóle z tym pomysłem.    Więc naturalną koleją rzeczy… (przepraszam, użyję chusteczki…), było to, że idziemy w adopcję. Zaczęliśmy szukać ośrodka. Jeden nas tak, może trochę zbył. Trochę rozczarował. A drugi ośrodek był takim strzałem w dziesiątkę. No i w tym ośrodku poznaliśmy pięć cudownych par. I uwaga, cała ekipa już jest w komplecie. Cała! Mamy 5 swoich wspólnych takich dzieciaczków, łącznie oczywiście z naszym synem i spotkaliśmy się całkiem niedawno, bo na początku czerwca. Wszyscy się poznaliśmy. Więc to było takie turbo wzruszające, że jakby możemy się tym podzielić ze sobą. Bo jednak to łączy. Nikt Cię nie zrozumie lepiej niż osoba, która wie, co czujesz i przeżywa bardzo podobne kwestie. Więc my przeżyliśmy mnóstwo ciąż dzieciaków w rodzinie, u znajomych. Z takich bardzo bliskich znajomych jesteśmy jedyni, którzy taką drogę przeszli. Jedna koleżanka również. Słuchałam wczoraj Waszego podcastu „Jak poinformować o ciąży”, i miałam dosłownie przed oczami to, jak z jedną z nas byłyśmy na tym samym etapie: my wykupowałyśmy Wasze diety wspólnie i jej się udało… A nam nie… I chyba to była dla mnie jedna z takich cięższych informacji, że przecież robimy dokładnie to samo. I absolutnie… Moja najbliższa przyjaciółka, która też się zmaga w ogóle też z zupełnie innymi chorobami i jej też się udało. I tutaj miałam takie: Boże, jak to cudownie (że się udało), bo Ona po prostu też musi tyle pokonać, też jakby poświęca swoje zdrowie, żeby mieć tego Maluszka. I jej córeczka jest piękną czterolatką. I tu było mi dużo łatwiej. A chyba idąc równoległą walką i jedni idą do góry, udaje im się, a ja zostaję w tym punkcie – i jest takie: O! Oł. Jakby… Co ja mogę więcej?! Robiłam dokładnie to samo co Ona i dlaczego ja nie (jestem w ciąży)? Ale wiem, że jej też było trudno nas o tym poinformować i wczoraj ten podcast Wasz, tak sobie odsłuchiwałam, bo tak sobie odsłuchiwałam Wasze podcasty… trochę odświeżałam. Było to takie, kurcze… jej też było trudno. Jakby wiem, że wszystkim, którzy byli koło nas (i są nadal), to też nie musiało być tak łatwo być z nami w tym, nie do końca wiedząc co czujemy, a jednak nas wspierać. I cały proces adopcyjny to trochę zweryfikował ludzi blisko i chyba dobrze. Ja się chyba z tego cieszę, bo tak naprawdę Ci, co mają zostać, tak zostali. I są. Także, tutaj… Boże, jak zacznę płynąć to Ci nie dam dojść do słowa.    Z.: To jest Twój podcast i to jest moment dla Ciebie. Ja jestem tu tylko po to, żeby nadawać jakieś tło, ale to Ty jesteś główną bohaterką, więc bardzo się cieszę. Nie zrobiłyśmy nawet wstępu, ale ja go dogram w ogóle na luzie. Ja nie naszykowałam sobie chusteczek, a już dwa razy byłam na skraju (łez), więc powinnam się w nie też tutaj szybciutko zaopatrzyć. Jeśli chcesz… bo ja oczywiście… my przygotowałyśmy sobie ramowy plan z Anią, mamy pytania, ale Ty tak pięknie o tym opowiadasz, że ja chyba nie chciałabym tego upierać w moje sztywne ramki i po prostu chciałabym dać Ci płynąć.              Adopcyjny test c
Dotykamy dla Was niełatwego tematu, o tym gdy coś Wam ciąży na wieść o CIĄŻY.   Zdarza się, że w życiu Staraczy pojawia się pewnego rodzaju emocjonalny dysonans za sprawą “ciąży” bardziej lub mniej bliskiej Wam osoby. Kiełkująca wówczas radość, wpada na jedną szalę z zazdrością, chwiejąc dobrze wyważoną dotychczas relacją. Odnalezienie równowagi może być trudne, szczególnie gdy o tak ważnym momencie informuje Was świat lub powiększający się obwód w pasie, a nie bliska (jak Wam się wydawało) osoba. Często pytania “jak powiedzieć” i “jak przyjąć” wiadomość o ciąży sprawiają wiele trudności po obu stronach tej niecodziennej barykady. Czy jednak trud ten się opłaca? Czy warto walczyć o relację, gdy ktoś stawia pomiędzy Wami mur? Jak podzielić przestrzeń do wzajemnych emocji i nie zamieniać jej w przepaść nie do przejścia. Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Plan odcinka „Chcę Ci coś powiedzieć…” co czujemy, gdy ktoś mówi o ciąży  Czy da się powiedzieć tak, żeby nie bolało? Radość spotyka ból i co wtedy? Gdy szczerość boli mniej niż cisza Dwie historie, dwa zakończenia Relacja czy mur Nikt nie ma jednej recepty… Transkrypcja podcastu AKADEMII PŁODNOŚCI  Ania: O jakie masz skarpety w serca. Zosia: Bo ja jestem pełna miłości dla świata. A.: No fajne, fajne – ładne skary. Tu się bardzo dużo dzieje w tym biurze. Z.: I pan za oknem też kosi trawę, więc mamy nadzieję, że tego nie słychać… A.: Buła (piesek) walczy z posłaniem.   Z.: Bułę to możemy eksmitować stąd w każdym momencie, ale pana za oknem… A.: Nie bardzo… ale słychać, że wiosna… Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Wartość rozmowy i pokładane w niej nadzieje, gdy ktoś jest “przy nadziei”  A.: Dzisiaj poruszymy temat tego, jak powiedzieć komuś o ciąży i o tym porozmawiamy, bo pytań (jest wiele), a to pytanie pojawia się na naszej skrzynce często i uznałyśmy, że fajnie by było mieć możliwość odesłania do naszej rozmowy na ten temat. Pytania, które zadają te osoby dane, są w ciąży na przykład po długich staraniach i zachodzą w ciąże, i boją się powiedzieć osobie, która towarzyszyła im podczas starań, i również stara się o dziecko. Czyli również mierzy się z tematem niepłodności. Często piszą również do nas osoby, które nie mierzyły się z niepłodnością, a które chcą podzielić się informacją o ciąży z osobą właśnie która się mierzy z niepłodnością, natomiast nie wiedzą właśnie, w jaki sposób to zrobić, żeby było jak najlepiej. Z.: No i teraz po takim pięknym wstępie pasowałoby tutaj teraz powiedzieć, że: ale my znamy na to sposób i dzisiaj Wam powiemy, w jaki sposób możecie się tym podzielić, żeby to było lekkie łatwe, i przyjemne. I teraz takie tutututu… Nie ma takiego sposobu. A.: Myślę, że tak. Myślę, że każdy po naszej rozmowie – być może znajdziecie po prostu odpowiedni sposób na to, jak to zrobić w Waszym życiu, natomiast czy jest taki złoty środek? Nie wydaje mi się. Z.: Ja bym w ogóle powiedziała od razu, że go nie ma. Od tego bym zaczęła, bo ten podcast mógłby się spokojnie nazywać: jak nie zrobić tego najgorzej na świecie, ale nie wyobrażajcie sobie please (proszę), chociaż bardzo byśmy chciały być w posiadaniu takiej wiedzy, że my tutaj Was dzisiaj oświecimy – jak powiedzieć o tym osobie starającej się o dziecko, tak żeby jej to nie dotknęło i żeby była zadowolona. Bo sorry (przepraszam), na 99% mogę powiedzieć, że na pewno będzie to dla niej druzgocąca (w pewien sposób) informacja, bo to będzie także ta jej jedna z osobowości, jedna z jej stron będzie się bardzo cieszyć z Wami, a druga będzie bardzo cierpieć, bo to nie ona będzie tą osobą dzielącą się tym szczęściem. To jest wydaje mi się, że zrozumienie tego i nie oczekiwanie od siebie, i od tej drugiej strony tego, że my to zrobimy najlepiej na świecie, a ta druga strona to przyjmie najlepiej na świecie – będzie chyba najbardziej odpowiednim podejściem po prostu.  Chcesz coś dodać jeszcze?   A.: Tak, bo wyobrażałam sobie taką sytuację i teraz zwizualizowałam sobie w swojej głowie… natomiast ta sytuacja się wydarzyła. Ponieważ jedna (z naszych obserwatorek), bo być może poruszyłyśmy to w mailu bądź w innej formie naszych działań – teraz nie przypomnę sobie, czy – na rolkach na naszym Insta ten temat i tak mi utkwił w pamięci. Jedna osoba, jedna z Was napisała do nas, że informując o ciąży swoją bliską kobietę starającą się o dziecko powiedziała jej (później będziemy jeszcze rozmyślać na dalszym etapie, czy w ogóle niemówienie o tym jest dobre) powiedziała o tym, jednocześnie mówiąc: jeżeli masz ochotę, to płacz teraz razem ze mną, będę przy Tobie. Zrobiła miejsce na wszystko to, co może się kryć za tą informacją. Myślę, że takie zrobienie przestrzeni na emocje tej drugiej osoby i jakby zaakceptowanie tego, że jakby dzielimy te emocje na pół, że to nie będzie samo moje szczęście i nie oczekuje od Ciebie tego, że Ty będziesz skakać ze mną ze szczęścia tylko spotkania się na środku emocji każdej z nas. Może, nawet jeżeli nam na tej osobie bardzo zależy to zrobienie przestrzeni na jej emocje, że tę radość możemy przeżywać, może np. z mężem.  Fajnie by było, gdybym mogła cieszyć się wszystkim z tą drugą osobą, ale może tak nie być. Myślę, że jakimś takim właśnie powiedzmy jednym z punktów, które warto przemyśleć przed taką rozmową, było by zrobienie miejsca na emocje tej drugiej osoby.  Z.: Dwóch stron, prawda? Przestrzeń do wzajemnych uczuć A.: To by było super, gdyby można było zrobić, ale też żeby nie oczekiwać (za dużo), żeby wziąć sobie właśnie takie pół na pół. Dajmy jej… powiedzmy i poinformujmy daną osobę o tym, i dajmy jej moment na to, żeby właśnie (przestrzeń na towarzyszące emocje). Chociaż nie wiem (w pełni), jak czujesz się z tym, to wiem, że czujesz radość z tego, że może mi się udało i że możesz czuć szczęście, ale w Tobie mogą być emocje, które są okej. Fajnie, że się udało, ale wiem też, że czujesz ogromny smutek dlaczego “nie ja”. Jeżeli masz ochotę płakać, to może lepiej, że żyjemy razem, spotykamy się, czy nasza przyszłość jest taka, że chcemy być w tej przyszłości razem w naszych życiach i może lepiej będzie po prostu być przy sobie nawzajem, i zrobić miejsce na to wszystko, a jeżeli masz ochotę płakać ja wiem że to jest taki etap w twoim życiu więc płacz. I to nie znaczy, że nie jestem dla ciebie ważna ale rozumiem też, że ten płacz może pozwoli nam przejść dalej przez tę trudną sytuację, w której właśnie mówienie, i rozmawianie, i informowanie o ciąży (po prostu) jest. Z.: Fajne Aniusia, jak sobie słucham, to tak sobie myślę, że WOW (super), tak mogłaby się zachować doświadczona Staraczka, która dobrze wie, że to ona w tej loterii jest pierwsza.   A.: Ale są dziewczyny, które starają się razem i które właśnie też piszą do nas. Czyli, skoro szukają czegoś, szukają jakiegoś sposobu, czyli One chcą tej osobie zapewnić jakiś komfort, tak?  Z.: Nie no ja wiem, bo w ogóle myśl… A.: Myślą o tej osobie…. Z.: … Nagrania tego podcastu się z tego wzięła, ale bardziej mi chodzi o to, że to jest bardzo ambitne co Ty teraz mówisz, że to jest super, ale mam wrażenie, że to jest taka trochę sytuacja o której czytam gdzieś w książkach i ona się zdarza raz na 10 – rozumiesz? Fajne i dążmy do ideałów tylko one są bardzo trudne do spełnienia, bo jak Ciebie słucham, to to jest bardzo ok, i to jest bardzo w porządku, i kochane, że Ty myślisz to tym, żeby zostawić te 50% przestrzeni na to, żeby dać swobodę tej osobie drugiej, po drugiej stronie w ekspresji emocji, które w tym momencie będą w niej dominować, tak albo się przelatać, bo to może być bardzo różne. Ta radość może być przepleciona z rozczarowaniem, ze strachem bardzo dużo emocji może się w nas kotłować wtedy. Ale myślę sobie też, że no kurcze – no, żeby było sprawiedliwie, to fajnie by było też pozwolić się cieszyć tej drugiej osobie, która w tę ciąże zaszła, czy po staraniach – czy nie, ale ona też tak samo jak Ty masz prawo odczuwać swój smutek, tak samo ona ma najświętsze prawo się z tego cieszyć, rozumiesz, więc chyba najfajniej (co też jest turbotrudne, ale najfajniej) by było te emocje po prostu nazywać, rozumiesz. Bo sytuacja, w której przyklejasz do buzi uśmiech 5 i nic więcej nie daje mi tak naprawdę pełnego obrazu tego, co dzieje się w twoim sercu, a jeśli przyklejasz ten uśmiech numer 5 i mówisz mi o tym, że słuchaj uśmiecham się, ale tak naprawdę… no bo bardzo się cieszę z jednej strony, ale z drugiej jest mi bardzo trudno, bo spełnia Ci się właśnie jedno z moich największych marzeń, tak bardzo nie osiągalne dla mnie. To już jest zupełnie inny wymiar przyklejonego uśmiechu numer 5 też, też trudne wydaje mi się. A.: Trudne, bo też ludzie nie rozmawiają o emocjach. Z.: No sami ze sobą nie rozmawiamy. A.: Pary nie rozmawiają ze sobą o emocjach. Dokładnie, my sami przed sobą podczas starań ganimy się za swoje emocje. Z.: To prawda. A.: I stłumiamy to wszystko nie rozumiejąc tego, że tak, jak w jednym z podcastów ostatnich powiedziałaś Ty Zosin, że człowiek może czuć wiele emocji w jednym czasie. To było takie piękne, że jednocześnie możemy życzyć jak najlepiej tej lasce, która jest w ciąży – jednocześnie czując zazdrość smutek i ból w sercu.  Dlaczego nie pozwolić sobie na to wszystko? Oczyszczająca moc szczerości Z.: No dlatego, że one się wykluczają i głowa jakby sama to podpowiada. Poza tym wiesz –  jakieś z tych odczuć wychodzi jako main (główne) rozumiesz? Main uczucie na przód, ono jest tym wiodącym, prowadzącym, ale fajnie próbować to chociaż nazwać, bo w ogóle samo nazwanie tego przynosi ulgę. A.: Tak. Z.: Chociażby samo wyrzucenie tego z siebie na zasadzie: cieszę się, ale jednocześnie pęka mi serce i tyle. To już też jest stanięcie takie w prawdzie. Wydaje mi się, że to już bardzo punktuje, jeśli chodzi o przyszłość tej relacji między Wami dalej. A.: Chociaż jest niekomfortowe. Z.: No tak. No bo w ogóle chyba powinniśmy wyjść z założenia nagrywając ten podcast, że to będzie jedna z trudniejszych rozmów ever (kiedykolwiek) – wydaje mi się, że tu nie b
Zmiany w życiu nie zawsze łagodzą obyczaje, a te, które następują w Tej drodzę, nieustannie krążą wokół budżetu i zdecydowanie za często spędzają sen z powiek w okresie starań. Poczucie, że w walce z niepłodnością możecie zostać pokonani przez brakujące środki na koncie paraliżuje. Dokonywanie wyborów i podejmowanie właściwych decyzji nie jest łatwe, gdy piętrzą się obawy o przyszłość, brak doświadczenia, niewiedza, uczucie wypalenia i zrezygnowania oraz koszty, które zdają się być bezlitosne. Mimo, że wciąż tę drogę przemierzacie ze świadomością “uda się, tylko muszę spróbować jeszcze tego. Albo tamtego?”, to nie opuszcza Was wrażenie zagubienia.  Czy tak musi być? Czy można ufać wszystkim drogowskazom w trakcie starań?  Jak się odnaleźć w gąszczu propłodnościowych zaleceń i nowinek?  Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Plan odcinka Siła perswazji i triggerowanie naszych decyzji Czy każdy krok przybliża do celu? Cienka granica bezpieczeństwa na drodze starań W zdrowym ciele – zdrowy duch, jadasz zdrowo – jesteś zuch. KOSZTujemy zmiany żywieniowe WARTOŚĆ przyjemności – czy to się opłaca? Inwestycja w przyszłość czyli jak zaopiekować się swoim JA     Transkrypcja podcastu AKADEMII PŁODNOŚCI  Ania: Witamy w kolejnym podcaście? Nie, najpierw czołówka… Zosia: Najpierw to bym chciała rzec, że nie wiem kiedy finalnie zdecydujemy się opublikować ten podcast, bo trwa debata, bo mamy TAAAK nawalone w tym tygodniu, że bardzo bym chciała, żeby tak się działo w Akademii zawsze. Ale na pewno zdecydujemy się go opublikować wtedy, kiedy jeszcze trwa premiera najnowszej edycji DIET WIOSENNYCH, takich najfajniejszych… za często mówimy, że to są najfajniejsze, ale akurat te są naprawdę fajne… A.: Wiosenne i jesienne to są moje TOPY, ale to pod względem owoców. Z.: Ja jeszcze letnie bardzo lubię. Właśnie lato to jest takie owocowe. A:. Lato jest owocowe, a jesień jest taka dyniowa, to też lubię, a wiosenne to są takie… Z.: Chrupiące, nowalijkowe… A.: Tak, tak. Z.: Wreszcie się pojawia, takie CHCĘ SIĘ – więcej słońca. Szparagi…,mmm, fajne rzeczy tam są. A.: A ta edycja wiosenna jest bardzo dobra. Te szparagi są. Z.: No i co jeszcze jest oprócz tego, że szparagi są… A.: Pyszności. Z.: Nawijamy o tym dlatego, że nie chcemy byście się ewentualnie nie spóźnili na promkę. Więc tutaj na wstępie tylko musicie usłyszeć o tym, że aktualnie trwa na te diety promocja, która kończy się w czwartek, więc jeśli słuchacie tego podcastu jeszcze przed czwartkiem, to macie okazję kupić nasze diety taniej 10%. A.: Podczas premiery. Z.: A później wbiją już w swoją cenę standardową, więc to tak tytułem wstępu na początku pamiętajcie o tym, że nowa edycja diet wiosennych wjechała do sklepu. A.: Juuuhuuuu. Z.: Teraz jak najbardziej możemy nagrać Kochana wstępik. Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Siła perswazji i triggerowanie naszych decyzji Z.: Tyrytaty ta, ta, tyritataty, tiritatat da ta, taram,  tyritataty, tiritatat da ta, taram… A.: No i ładnie. Będzie muzyczka. Z.: Nie trzeba, ja już zaśpiewałam. A.: Bardzo dziękujemy Zofio za tutaj wokal…wykon. Odkręcam się na fotelu do Ciebie. Z.: Czy opowiesz mi dzisiaj Mordzio, na co wydawałaś swój hajs cenny podczas starań? Jestem bardzo ciekawa na co szły środki z Twojego portfela. Z Waszego portfela w sumie. Małżeńskiego. A.: Tak, dzisiaj będzie właśnie taki temat. Pogadamy sobie o tym co, gdzie i jak? I chyba jeszcze takim tytułem wstępu powiedziałabym, że ten budżet, który też u osób z którymi się spotykałyśmy – on się bardzo różnił i niekiedy, niektóre z Was na niepłodność wydawały ogromne kwoty, wręcz takie, że ciężko jest uwierzyć, że leczenie niepłodności może tak być kosztowne. Jeżeli chodzi o mnie, to takim pierwszym punktem na które szły nasze pieniądze to były BADANIA I WIZYTY. Właściwie to chyba najpierw zaczęłabym od badań, bo badania takie, które robiłam na zlecenie lekarza, ale też badania takie, które wydawało mi się, bo gdzieś – coś wyczytałam, że sama sobie te badania muszę zrobić. Więc takie balansowanie… kurczę dużo tych badań było i to co jakiś czas nawet powtarzałam te badania. Wyczytałam gdzieś więc takie po omacku szukanie, co może być przyczyną niepowodzeń, albo co jeszcze może być przyczyną niepowodzeń, czy coś zostało przeoczone. Bez konsultacji z lekarzem, więc na to poszło dość sporo. BADANIA. Z.: Kurde ja też to robiłam, i mam nawet tak, że… w ogóle bardzo mnie – jest teraz takie modne słowo TRIGGEROWAĆ KOGOŚ, bardzo mnie triggerowały takie posty na grupach na fejsie, gdzie laski wypisywały listę badań, którą one mają zrobioną, albo które trzeba zrobić. Ja wiedziałam, że np. z tych badań, mimo, że nasze starania trwają tam powiedzmy trzeci rok, no to ja mam zrobione powiedzmy 40%, albo 50%, a o niektórych badaniach w ogóle nawet nie słyszałam i musiałam googlować co to jest. I miałam takie poczucie, że na pewno w tych badaniach, które jeszcze nie są wykonane leży nasza przyczyna i po prostu my jeszcze o tym nie wiemy. I lekarze do których chodzimy, a też ich była mnogość cała, na co z kolei ja również wydawałam kasę – to oni po prostu  jeszcze o tym nie wiedzą, albo uważają, że to nie ten etap. Więc ja też byłam w tej grupie, która robiła badania, bo gdzieś wyczytała, że to może być mieć wpływ. Nie chcę mówić co, ale tym sposobem udało mi się samej zdiagnozować – jedną z moich jednostek (chorobowych), na którą, żaden z moich ówczesnych lekarzy nie wpadł na to, żeby to zbadać. I dopiero z gotowym wynikiem poszłam do lekarza i było “O, kurcze. To My tu musimy się leczyć”. Więc to też trochę nakręca potem, bo widzisz, że jednak w Twoich rękach jest w pewien sposób sprawczość. Bo nikt Ci nie zlecił (tych badań), Ty gdzieś wyczytałaś w necie, zrobiłaś i się okazało, że to masz. Ja tak miałam i to już w ogóle wpadłam w taką korbę na zasadzie “kurde, to ja jestem właściwie tylko odpowiedzialna za swoje zdrowie, bo mogę poświęcić ten czas, mogę poczytać w necie i się dowiedzieć, że trzeba jeszcze zrobić to, siamto, owamto, i może znowu coś mi wyjdzie, tak jak tamto mi wyszło przed chwilą. Jednak się okazało, że trzeba to leczyć – to było takie turbo niebezpieczne z jednej strony, a z drugiej… A.: Bo ta studnia może nie mieć dna. Z.: Ona nie ma dna… A.: Studnia badań może nie mieć dna i ta studnia była bardzo kusząca, żeby ją po prostu przemierzyć – dla mnie przynajmniej. Więc życzymy Wam, żebyście trafiły na takich specjalistów, którzy Was pokierują w ten najbardziej odpowiedni dla Was sposób i dla Waszego przypadku. I też ja sobie myślę tak, że mi brakowało cierpliwości, że ja już chciałam tak działać, szukać tej przyczyny tu, teraz. Najlepiej wydać wszystkie pieniądze na badania, które mogę zrobić dziś, za dwa dni będę miała wyniki. Nie potrafiłam się pohamować w tym wszystkim. Z.: No i wierzyć, że tam coś wyjdzie, no bo Ty robiąc intencjonalnie badania, wierzyłaś, że któreś z nich pokaże, co blokuje Cię i dlaczego nie możesz być w ciąży, prawda? Nie zakładałaś, że te badania wyjdą git i właściwie fajnie było wydać tyle i tyle klocków, no to żeby się przebadać i wiedzieć, że jestem zdrowa. Przynajmniej ja tak miałam, tylko właściwie liczyłam na to, że “kurde to tu!”, tak samo jak kupowałam te suple wszystkie… zaraz do tego dojdę, to ja zawsze miałam takie wrażenie czytając o czymś, co oczywiście zachwalało na stronie producenta, czy na jakimś forum, czy gdzieś – czy wiesz, nie piłam jakichś ziół, “kurde, to TO!”, nie brałam jakiegoś suplementu, który sprawiał, że wracała owulacja, “to na pewno TO!”, nie robiłam tego przez tyle miesięcy, “zobaczysz ja będę Tą kolejną napisze na tym forum, że mi pomogło TO”. A.: Do suplementów jeszcze później wrócimy, ale teraz tak sobie myślę jeszcze, że – czy żałujesz wydanych pieniędzy na starania, też to powinno paść w podsumowaniu (tak myślę), ale może na początku zaczniemy od tego, czy miałaś takie myśli, że o tym wszystkim o czym będziemy gadać, że “kurde no, z perspektywy czasu przewaliłaś sporo pieniędzy na drogę starań”. Z.: Nie mam takiego poczucia, że żałuję. Na pewno nie mam w sobie takiej myśli, że źle zrobiłam, ale na pewno mam takie poczucie, że dzisiaj zrobiłabym to inaczej. Z dzisiejszą wiedzą i z dzisiejszym doświadczeniem nie wydawałabym pieniędzy na te rzeczy, na które wydawałam wtedy, ale nie mogę oceniać siebie, czyli Zosi sprzed X lat z perspektywy Zosi dzisiejszej. Więc nie mam do tamtej Zosi żalu, ja wiem jaka Ona była zdeterminowana, zdyscyplinowana i teraz wiem, że dało się to zrobić mądrzej, ale Ona tego jeszcze wtedy  nie wiedziała. Ona po prostu chciała best (najlepiej). A.: Bo ja mam bardzo podobne przemyślenia, że ja nie żałuję tych wydanych pieniędzy. Czy one były wydane słusznie, bądź nie, to nie wiem… jakby to wszystko – słusznie, bądź niesłusznie doprowadziło mnie do miejsca o którym marzyłam, żeby było. Więc sama nie wiem, czy właśnie tak, jak Ty Zosiu mogłam zrobić coś lepiej, bo wiem, że mogłam pokierować te środki finansowe na coś, co szybciejby przełożyło się na naszą wygraną. Natomiast finalnie – nie żałuję. Z.: Ale wydałabyś tę kasę dzisiaj inaczej? A.:Tak, tak. Na pewno, jak dojdziemy do suplementów. Działki suplementów. Z.: No właśnie chciałam powiedzieć, że może Ty nie wydawałaś tego hajsu tak durnie jak ja Stara. A.: Nie no, wydałabym raczej na taką celowaną terapię, która wiem (teraz wiem), chociażby wspominane przez nas kwasy omega-3, które mówimy, że są must have (obowiązkowe), i must have, a ja nie brałam kwasów omega-3, one mogły być w tych takich preparatach… Z.: Multi… A.: Multi tak, ale czy one były? Wiesz, jakiś taki dodatek do tego wszystkiego, nie zwracałam na to uwagi, natomiast teraz, to jest taka podstawa. Z.: Ja brałam, ale takie raczej mocno basic (podstawowe). Nie zwracałam uwagi na ich jakość, nie żąglowałam źródłem. A teraz też bym to zrobiła mądrzej. O Boże jaka ja teraz w ogóle jaka ja teraz jestem bardzo mądra, jakbym zrobiła dużo rzeczy lepiej. A.: No dobra teraz mamy jeszcze SPECJALIŚCI. Z.: 
Wiemy, że w PODRÓŻY STARAŃ, w którą wysłało Was życie, bardzo trudno dostrzec stale oddalający się cel. Towarzyszący jej ból o szerokim spektrum obejmuje Wasze ciało, myśli i relacje. Spoglądając na swój rozkład i plan podróży widzicie opóźnienia, przesunięcia… odwołania, a gdy stoicie W POCZEKALNI, to widzicie jak inni łapią kolejny pociąg do macierzyństwa. Dławiący strach niepłodności podaje Wam pomocną dłoń, proponując złudne poczucie zaopiekowania i bilet w drugą stronę z napisem “poddaj się”… Wiemy, że W POCZEKALNI ten strach bywa bezwzględny, ale wiemy też, że warto walczyć o swoją podróż. Bagaż w tej drodze uwiera i ciąży, ale jesteśmy tu po to, by pomóc Wam go dźwigać. Jesteśmy dla Was i z Wami, bo wierzymy, że W POCZEKALNI mimo, że ucieknie ostatni pociąg, lub ktoś inny wykupi płodny bilet przed Wami, to wciąż mogą wydarzyć się dobre rzeczy, o których nieustannie nam przypominacie, dając tym także nam siłę, by dalej budować Akademię Płodności. W POCZEKALNI, nowy format podcastów w Akademii Płodności to Wasze miejsce, który będą tworzyć Wasze relacje z podróży Staraczy. AKADEMIA PŁODNOŚCI – W POCZEKALNI Wasza droga do rodzicielstwa spisana w listach do nas Zosia: Dzisiaj przygotowałyśmy dla Was pierwszy odcinek z serii, która będzie nosiła nazwę “W POCZEKALNI”, i będziemy w nim odczytywać wiadomości od Was, więc ten podcast będziecie współtworzyć z nami, i to Wy będziecie narrację do niego tworzyć.  Bardzo czekamy na Wasze historie i postanawiamy o tym wspomnieć już na samym początku, bo chcemy, żebyście wiedziały, że to Wy macie z nami tworzyć ten podcast, więc jeśli poczujecie po odsłuchaniu tego odcinka, że chciałbyście coś przekazać światu, to my czekamy na Wasze wiadomości. I jeśli będziecie je do nas słać, to tytułujcie je tylko – właśnie do podcastu “W POCZEKALNI”, i my bardzo chętnie będziemy wybierać, któreś z nich i publikować je tutaj do odsłuchania dla innych.  Dzisiejszą historię tworzy jedna z Was, która chciałbyśmy żeby pozostała anonimowa, więc będziemy na potrzeby tego podcastu nazywać ją po prostu  STARACZKĄ.  Więc Staraczka, 30 sierpnia w 2023 roku pisze do nas tak… “Cześć dziewczyny. Piszę do Was nieco onieśmielona, że w ogóle podejmuję ten gest interakcji. Trafiłam na Wasze podcasty na początku sierpnia bieżącego roku, tuż po tym gdy odebrałam test beta – HCG o wartości 0, po drugim in vitro.  Znowu szok. Znowu niedowierzanie i sto pytań: dlaczego!?  Szukałam wtedy wspierających treści, aby ponownie dźwignąć siebie z podłogi, z tego bólu niepowodzeń i trafiłam na Wasz kanał.  A były momenty gdy zastanawiałam się, czy jest sens w ogóle się podnosić.  Wasze podcasty ocieplały moje serce. Powolutku rozjaśniały dni i zachęcały do małych kroczków. Przesłuchałam kilka najnowszych odcinków, po czym stwierdziłam, że muszę zacząć słuchać od początku – chronologicznie. I przede mną jeszcze sporo odcinków. Wraz ze zdobywaną nową wiedzą, po zakupie e-booka 28 dni do płodności, szybko zaczęłam wdrażać w swoją codzienność Wasze tipy dietowe. Zrobiłam płodną szafkę z przyprawami. Upiekłam swój pierwszy chleb. Zakupiłam dobrej jakości oleje z czarnuszki z kwasami Omega 3, i GL A, produkuję soki pomidorowe dla mojego partnera. Polubiłam szakszukę. Już od kilku lat mięso nie gości zbyt często na moim talerzu, więc ryby i tak były moją codziennością do której przyzwyczaja się też mój partner, ale przede wszystkim wraz ze zaznajomieniem z Waszymi treściami, poczułam się częścią tej zbiorowości staraczek. Poczułam, że przynależę, że nie jestem w tym sama. Poczułam, że wszystkie moje najskrytsze myśli w temacie historii starania okazują się być współdzielone. Jestem pod wrażeniem Waszego projektu – jak szeroko i otwarcie podchodzicie do tematu starań. Ile w tym czystej miłości i autentyczności, a przede wszystkim subtelności opartej na Waszych własnych doświadczeniach. I ten bezmiar wsparcia, który rozdmuchujecie z czystą intencją. Nie do końca rozgryzłam całą Waszą formułę. Często wspominacie o listach od staraczek, zakładam, że mój list zakwalifikuje się do tej kategorii.  Mój status jest następujący: mam 38 lat, niepłodność idiopatyczą, niedoczynność tarczycy, hashimoto i podejrzenie endometriozy, drożne jajowody, histeroskopia wykazała liczne mikropolipy w jamie macicy i brak stanu zapalnego. Mikropolipy leczone były farmakologicznie. O dzieciątko staramy się z partnerem od ponad dwóch lat. W tym od ponad roku jesteśmy pod opieką specjalistycznej kliniki. Wartości nasienia mojego partnera zostały ocenione jako bardzo dobre. W klinice trzy razy dokonywaliśmy zmiany lekarza, co wynikało z braku zaufania do jakości ich pracy. Brakiem zainteresowania naszą historią i brakiem zaangażowania.  Nasz rachunek starań to: liczne miesiące niepowodzeń, dwie nieudane inseminacje, trzy próby in vitro. Pierwsza zakończona poronieniem w około 6 tygodniu, druga brakiem zagnieżdżenia zarodka i trzecia utratą zarodka po rozmrożeniu.  Nie mamy więcej zarodków.  Musielibyśmy przejść procedury in vitro od początku.  Wczoraj ponownie padłam na podłogę, bo to właśnie wczoraj gdy byłam w pełnej gotowości do trzeciego transferu otrzymałam telefon z kliniki, że niestety zarodek nie kwalifikuje się. A już myślałam, że tym razem, ta historia zakończy się inaczej. Czułam, że moje ciało i serce jest tak bardzo gotowe, że bardziej się nie da. Dbam o dietę i aktywność fizyczną. Mam zaopiekowaną sferę psychiczną, bo od 4 lat jestem w psychoterapii. Od niedawna korzystam z pomocy terapii uroginekologicznej. Odsunęłam na bok stresogenną pracę, ale zaraz muszę do niej wrócić. A przede wszystkim mam wspaniałego partnera z którym łączy nas niezwykła więź. Na taką relację czekałam całe życie i stąd tak późne starania o ciąże, bo zawsze zależało mi na świadomym macierzyństwie, gdyż pochodzę z dysfunkcyjnego domu. Myślałam, że to kwietniowe poronienie i lipcowe cierpienie, gdzie zarodek nie zagnieździł się przekształci się w sierpniowe happy-end.  Od wczoraj znowu nie wiem, jak mam się podnieść. Znowu paraliżuje mnie strach, czy będzie dane mi zostać mamą. Stresuje mnie mój wiek. Jakbym ścigała się sama ze sobą. Nie rozumiem, dlaczego nie udaje mi się zajść w ciąże. Nie rozumiem tej całej idiotycznej niepłodności. Nie rozumiem dlaczego mnie to spotyka. Wciąż zastanawiam się, co powinnam jeszcze zrobić. Być może powinnam zbadać obszary, które często są u Was poruszane, czyli PCOS i insulinooporność. Jakie szanse daje nam kolejne in vitro? Czuję jakby mój ból przysłaniał mi wszystko. Z osoby bardzo empatycznej stałam się nieczuła na problemy innych. Gdy moja przyjaciółka dzieli się swoim cierpieniem, ja czuję jakbym była za szybą, jakbym słyszała ale nie słuchała innych. Czuję pustkę, która pochodzi z mojej pustej macicy.  Mój list kończę tlącą się nadzieją, bo wciąż wierzę, że zostanę mamą. Nie wiem co zrobicie z moim listem i czy go w ogóle przeczytacie, ale samo zaadresowanie tych słów w miejsce, które mieści tyle zrozumienia dla tematu niepłodności, od tych mrocznych odsłon, po te cudne historie, daje mi dzisiaj ukojenie.  Z pełnym wzruszeniem pozdrawiam.  Staraczka”. Ania: W międzyczasie wymieniłyśmy jeszcze kilka wiadomości. Dziękując jej między innymi z to, że zechciała podzielić się taką swoją intymną częścią swoich myśli najskrytszych, które zamieszkały w niej.  5 kwietnia 2024 roku dostałyśmy od niej kolejnego maila, który brzmiał tak: “Cześć dziewczyny. Minęło trochę od mojego ostatniego listu do Was, w których dzieliłam się moimi smutkami, niepowodzeniami w drodze do macierzyństwa, a dzisiaj piszę z innego miejsca.  Z miejsca pełnego szczęścia. Jestem mamą, bo noszę w swoim brzuszku 18 tygodniową cudowną dziewczynkę. Moją Córeczkę. I bardzo chciałam w końcu podzielić się z Wami tą wiadomością. Stosowałam Waszą dietę, słuchałam podcastów i wiem, że Wasze dobro również przyczyniło się do mojej szczęśliwej sytuacji. Bardzo Wam dziękuję za tamte odpowiedzi. Cieszę się ciążą dosłownie w każdej godzinie. Sprawia mi radość każdy objaw ciąży, nawet ten nie do końca przyjemny. Uwielbiam wizyty na których mogę zobaczyć moją córeczkę i usłyszeć jej serduszko.  Jestem najszczęśliwsza.  Życzę Wam samych pomyślności.  Staraczka”. A 5 grudnia otrzymałyśmy zdjęcie, bo ta malutka dziewczynka, we wrześniu urodziła się siłami natury. Pojawiła się na świecie i w życiu – już tak namacalnie – swoich rodziców. Dostałyśmy w grudniu (pytając się – jak się miewają) piękne zdjęcie, jej malutkiej córeczki, która uśmiecha się tutaj do nas ze zdjęcia – na które właśnie patrzę. Z.: A jej mama napisała, że pisząc tę wiadomość do nas, tuli ją przy piersi. I to jest najpiękniejsze zwieńczenie tej historii. Dziękujemy bardzo, za pokazanie tej drogi, bo te maile dzieli aż i tylko po kilka miesięcy. Natomiast są to tak bardzo, bardzo różne osoby, mimo, że to dokładnie ta sama osoba i tak bardzo różne światy, że nawet jeśli dzisiaj znajdujecie się w tym pierwszym, i to ten pierwszy Was definiuje, to wiedzcie, że to WSZYSTKO MOŻE SIĘ ODMIENIĆ, ŻE JUTRO MOŻE TO BYĆ ZUPEŁNIE INNY ŚWIAT. Za co bardzo mocno trzymamy kciuki. Ściskamy Was.  Czekamy na Wasze historie i życzymy Wam dobrego tygodnia.  Akademia Płodności – W POCZEKALNI Artykuł #097 – W POCZEKALNI. Historia 38 letniej Staraczki. pochodzi z serwisu Akademia płodności.
  Wśród wielu uczuć, które dotykają w czasie starań dość często pojawia się zazdrość. W emocjonalnym gradobiciu czujecie, że szarpiąc się bezwładnie toczycie walkę ze sobą, ale i z otaczającym Was światem. Tracąc poczucie bezpieczeństwa toniecie w zazdrości, gdy gdzieś obok, ktoś zgarnia kupon, który mieliście nadzieję, że był przeznaczony Wam.  Czy potrafimy zaakceptować swoje JA, gdy dopada nas zazdrość? Dlaczego tak bardzo boli nas szczęście innych? Jak zaopiekować się swoją zazdrością? I jak docenić to, że jesteśmy prawdziwi? Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Plan odcinka Zazdrość – siła uczucia Nic o Was bez Was – pytamy o Wasze emocje W kręgu uczuć zazdrość kołem się toczy Równanie i definiowanie zazdrości gdy boli Równouprawnienie w uczuciach, by mieć prawo do zazdrość Transkrypcja podcastu AKADEMIA PŁODNOŚCI Zosia: Dobra. Zobaczymy, czy tu nie ma żadnych przesterów… Ania: Ja muszę się podnieść. Z: Wiesz, że mój głos jeszcze nie doszedł do końca… A: A nie pomyślałam nawet o tym… Z: Będzie słychać. Ty już jesteś przyzwyczajona do tego, że ja w ogóle mówię. A: Jeju… faktycznie. Ja w ogóle nie pomyślałam o tym, że Ty tak gadasz. Z: Bo już jak odzyskałam >głos< to już trzeba chociaż trochę pogadać. Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności – miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań. ZAZDROŚĆ – siła uczucia A: Dzień dobry w kolejnym podcaście. Z: Dzień dobry. Będziemy poruszać dzisiaj temat ZAZDROŚCI i tego CZY POZWALAMY SOBIE JĄ CZUĆ, czy jednak nie, bo nas ONA zawstydza, albo same się nie poznajemy w tym obliczu-tak nowym. Mamy takie wrażenie, takie poczucie, że w pewien sposób już ten temat poruszałyśmy kiedyś, ale otrzymałyśmy tyle odpowiedzi na niego i tak bardzo on Was poruszył, że stwierdziłyśmy, że jeszcze spróbujemy go chapsnąć z drugiej strony. Skoro takich treści potrzebujecie, a one są dla Was wspierające, to mamy nadzieje, że po odsłuchaniu tego odcinka też poczujecie się zrozumiane, i wysłuchane, i same siebie lepiej może zrozumiecie dzięki temu. A: Tak, bo uczucie zazdrości, to jest jedno z wielu uczuć, które towarzyszą >staraniom<. Natomiast ono jest bardzo intensywne podczas starań. Ono jest tak intensywne, że wręcz czujecie zazdrość, która fizycznie ściska Was w żołądku, zaciska się krtań, serce bije mocniej, pocą się ręce, czujecie jak dosłownie nie możecie ustać. To uczucie zazdrości jest tak silne, że czujecie je fizycznie w swoim ciele.  Z: Wyobrażam sobie, że to nie tylko nas dotyczyły te uczucia, kiedy dowiadując się o ciąży, przyklejałaś uśmiech nr 5 i wycedzałaś przez zęby “gratuluję” z tym właśnie uśmiechem – piąteczką, a tak naprawdę w środku czułaś, że Cię rozrywa i chciałaś uciec jak najszybciej, gdzieś się skryć w swoją norkę.  A: Poza tym jeśli zobaczyłaś kiedyś zdjęcie USG i poczułaś, jak ściska Cię w żołądku, to ten podcast będzie dla Ciebie. Jeżeli zdarzyło Ci się uśmiechnąć i powiedzieć “gratulacje”, a w środku miałaś ochotę uciec i płakać, to też ten podcast będzie dla Ciebie. Nic o Was bez Was – pytamy o Wasze emocje  Z: Wpadłyśmy na taki pomysł, żeby to był taki bardziej Wasz ten podcast, nie tylko naszymi dwoma głosami – wpadłyśmy na taki pomysł, że przed nagrywkmi zapytamy Was na IG:  Co czujecie, kiedy to ktoś inny ogłasza ciąże, a Wy wciąż czekacie?  Jakie są Wasze odczucia? Teraz, żebyście to Wy też współtworzyły z nami ten odcinek, postaramy się odczytać kilka z nich, bo jest ich naprawdę bardzo dużo i bardzo pokrywają się ze sobą, co też pokazuje, jak bardzo te nasze niepłodne głowy w staraniach są podobne do siebie i jak bardzo z podobnymi kamieniami w naszych plecakach życiowych się mierzymy, niosąc je przez żyćko. Odczytamy część z nich anonimowo…      “Chce mi się płakać i czuję zazdrość” A: “Smutek i żal, że mi się nie udaje, chociaż tak bardzo tego pragnę i robię wszystko, co mogę”. Z: “Niesprawiedliwość, zazdrość, złość, żal, smutek i poczucie, że nigdy nie będzie dane być mi mamą”. A: “Emocje, których nie chcę czuć”. Z: “Zastanawiam się, co dalej… co dalej robię albo robimy nie tak”. A: “Poczucie niesprawiedliwości, choć wiem, że nie powinnam”. Z: “Kolejne rozczarowanie i zadawanie sobie pytań – czemu nie ja. Czuję smutek, swoją porażkę i niechęć do osoby ogłaszającej ciążę”. A: “Smutno, pomimo, że cieszę się, że komuś się udało. To w głębi jest ten smutek”. Z: “Wstydliwe uczucie – poczucia niesprawiedliwości i zazdrości. Wracają przykre wspomnienia”. A: “Czyli znów ktoś wygrał życie, a ja nadal nie. Czuję się znów przegrana”. Z: Wasze odpowiedzi, ich mnogość i często taka braterskość w tym wydźwięku, pokazują, że jest to temat, (chociaż często nie chcemy się do tego przyznać), który dotyczy wielu z nas. Pamiętamy same – Ania zaraz opowie Wam swoje wspomnienia z czasów starań – ale pamiętamy obie, jak trudne to było. Z jednej strony czujesz tę zazdrość, ale z drugiej wiesz, że nie jesteś takim Zosinkiem, bo przecież nie życzysz nikomu źle, i w sumie nigdy taka nie byłam, więc dlaczego teraz ta niepłodność generuje we mnie takie uczucia, gdzie sama siebie nie rozumiem, i sama siebie nie poznaję. To było takie słabe. Trochę żałuję tego, że ja sobie nie pozwalałam na te uczucia i dzisiaj mamy dla Was trochę innych rad, ale ja próbowała to w sobie zanegować, i nie lubiłam tej części Zosinka w sobie. A: Bo zazdrość być może wiele też tutaj słuchaczek łączy z tym właśnie poczuciem, że życzysz komuś źle, a to nie jest to uczucie. Można czuć zazdrość i nie życzyć nikomu źle. My to mam wrażenie, że w rozmowach z Wami, ta zazdrość właśnie jest powiązana z tym, że to jest równe z życzeniem “źle”, a tak nie jest. To tylko oznaka tego, że… no właśnie o tym będziemy rozmawiać: co oznacza ta zazdrość. Na pewno nie jest uczuciem, że komuś życzymy, żeby tego >co posiada lub osiągnął< nie miał. Z: Tak to na pewno, tylko jestem wstanie to zrozumieć teraz – z perspektywy siebie, już po tych staraniach, bo to był takie >uczucie<, że jestem wkurzona, że ona jest w ciąży, bo wkurza mnie to, że ona jest, tylko, że ja nie jestem. Zaraz odbijam to lusterkiem do siebie. Nie życzę jej źle, bo ona jest w ciąży, tylko kurde to znowu nie ja w tej kolejce.  W kręgu uczuć zazdrość kołem się toczy. A: Przytoczymy teraz kilka historii z naszego życia, jak my reagowałyśmy,  bo ta zazdrość również towarzyszyła i nam. Jak reagowałyśmy na to, kiedy dowiadywałyśmy się o ciążach z różnych gron znajomych.  Rozróżnimy to sobie nieco. Ja podczas starań byłam na takiej grupie forumowej wsparcia gdzie starałyśmy się razem, dzieliłyśmy smutki, śmiałyśmy się, dzieliłyśmy się też tym co robiłyśmy z wolnym czasem. Ta mini społeczność, to było kilka dziewczyn – to nie było takie forum, jak są teraz grupy na FB, gdzie osób jest więcej. To był taki wątek dziewczyn, których nie było dużo i byłam bardzo zżyta z tymi dziewczynami, więc jak któraś z nich zachodziła w ciąża, to ja po prostu… (tak właśnie z Zosią wcześniej rozmawiałyśmy), ta zazdrość mi towarzyszyła, ale w takim malutkim procenciku. Jej było naprawdę niewiele i raczej to była taka: okej ja wiem ile Ty wystarałaś się, ile Ty przeszłaś. Wiedziałam, że w przypadku jednej z dziewczyn – poroniłaś cążę, masz niedrożne jajowody, znałam całą Twoją historię i super… Później nasza relacja była taka, żę dziewczyny wysyłały sobie >zdjęcia< testów ciążowych na tym naszym forum, dzieliły się pierwszymi >zdjęciami< USG. Nie było czegoś takiego, że je odcinałyśmy i koniec, nie masz tu wstępu. Tylko żyłyśmy w tym takim kółku, że była część osób, która się starała, i to było na maksa wspierające z ich strony. No i właśnie tam potrafiłam się odnaleźć. Tam nie czułam takiej zazdrości, jaka towarzyszyła mi kiedy ktoś z moich bliskich osób, gdzie żyliśmy sobie poza światem internetowym – na żywo, gdzie każdy miał swoje określone role społeczne spełniać, typu: córka, żona, teściowa – różne były te powiązania i wtedy, jak dowiadywałam się o ciąży z określonego kółka ludzi, to zwalała mnie ta informacja z nóg. Zwalała mnie tak z nóg, że ja musiałam ją przepłakać, nie potrafiłam sobie poradzić z tymi emocjami, wręcz na początku karciłam siebie za nie, bo właśnie zazdrość równa się.. dla mnie było to jednoznaczne, że ja życzę źle tej osobie, która zaszła w ciąże, a to nie było z tym >związane<. Ja walczyłam jeszcze z tym, bo >myślałam< czym ja się staję w ogóle, jestem jakimś potworem, że ja czuję tę zazdrość? Zamiast pomyśleć sobie i totalnie nazwać inaczej te emocje, że to wcale nie było na równi. Po prostu ta zazdrość była i >trzeba było< jakoś zaopiekować się tym uczuciem, i spojrzeć totalnie innymi oczami niż wtedy patrzyłam na to moje cierpienie. Z: Ja mam inne wspomnienie, inne przemyślenia, ale to też chyba wynika z tego, że ja w ogóle w innym miejscu zaczynałam te moje starania, bo zdecydowałam się o nich opowiedzieć publicznie więc trochę ta moja droga była publicznie możliwa do obserwacji – byłam taka na świeczniku. Mam też takie przemyślenie, że w tym kółku wzajemnej adoracji o którym mówisz, czyli taka grupa wsparcia gdzie możesz być anonimowa, możesz być jakimś nickiem, gdzie jesteś realną osobą i możesz pisać totalnie szczerze, ale chcesz pozostać anonimowa, bo poruszasz bardzo delikatne tematy, które nie dotyczą tylko Ciebie, ale też Twojego męża, więc możesz się czuć bardzo zżyta z osobami, których tak naprawdę nie znasz, nie wiesz kim oni są, to nie jest Twoja psiapsi z bloku do której wpadasz na kawę, i ona fizycznie, namacalnie jest, a ci ludzie naprawdę istnieją. Więc wyobrażam sobie taką sytuacją, że jesteśmy w tym kółku tych lasek, które bardzo się rozumieją więc te “ogłoszenia ciąży” nie bolą tak bardzo, bo teoretycznie jedziemy na tym samym wózku, ale sukcesywnie co jakiś czas, ktoś z tego kółeczka odpada i jest nas coraz mniej. Rozumiesz? I w końcu jest taka sytuacja, że zostają dwie i z tych dwóch prawdopodobnie zostanie ostatnia.  W ogóle cała ta rozkmina nasza – miałyśmy też takie przemyślenia z Anią – kręci się wokół, że żadna z nas nie ma gwarancji tego, że kiedykolwiek się uda. I chyba o to w tym wsz
Transkrypcja podcastu Akademii Płodności Plan odcinka STAWIANIE GRANIC – temat z grubej rury STREFA KOMFORTU A GRANICE – CZY UMIEMY W GRANICE GRANICE – czy zawsze musi grzmieć? MOJE  vs TWOJE – cienka granica wzajemnej akceptacji  WASZYM GŁOSEM, granice nie muszą boleć – historia Ani  Zosia: Możesz sobie przesunąć ten stolik. Ania: O tak sobie zostawię. Oooo.  Z.: Nie no, pięknie, możesz sobie przysunąć. Albo nogi na tę stronę możesz też wziąć. A.: Nie, już tak jest GIT. Z.: Bo musicie wiedzieć, że Ania się tutaj rozkłada. Ona się tu mości, bo dzisiaj nagrywamy w studiu domowym i statywy są takie, że trzymamy w łapach mikrofony. Każda ma swój kocyk i leży sobie z komputerkiem. Śmiejemy się tylko, żeby nie zdarzyło nam się zasnąć jak panu Korwinowi na live`ie. Więc może być tu takie chrapnięcie, bo nagrywamy w tym okresie, kiedy wiraluje na TikToku śpiący Korwin, a Wy słuchacie nas już w nowym roku. A.:  Więc to już jest pewnie dawno i nieprawda… Z.: No tak, ale TO będzie ciężko zapomnieć,  to jest jeden z moich ulubionych filmików, mimo, że  wpadł dopiero pod koniec roku.  Nagrajmy wstępik. Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań.  A.: Dzień dobry Z.: Dzień dobry, dzień dobry. Witamy w kolejnym podcaście. Czekałam aż to padnie. A.: Bo właśnie zastanawiałam się… Upewnię się tylko. Kartę… mamy? Nagrywa się? Z.: Mamy kartę. Ja tu jestem profesjonalnym ogarniaczem Aniusia. A.: Dobrze, dobrze, dobrze. Ja wiem, wiem, wiem. Z.: Chociaż nie zdziwiłoby nikogo, gdyby się okazało za 40 minut, że tej karty jednak niema. Ojojoj, Aniusia. Ojojoj, to jeszcze raz nagramy. Nie Aniusia, luzik. A.: Dobrze. Z.: Możesz tutaj ludzi witać, tylko jest problem, że my nie wiemy, czy Wy tego podcastu będziecie słuchać jako pierwszego po przerwie, czy jednak Wam puścimy inny. Teraz mamy ostry zryw podcastowy i nagrywamy, bo mamy mocne postanowienie powrotu. Więc bardzo możliwe, że to jest ten pierwszy, którym będziemy się z Wami witać i nie chcemy Wam rozwalić głowy. Więc jak dwa razy będziemy się z Wami witać, to wiedzcie,  że… A.: Po przerwie… Z.: Tak, dokładnie. Jak będziemy się witać po przerwie, to drugie przywitanie będzie po dwutygodniowej przerwie. A.:  Czyli nadal po przerwie. Z.:  I też, będziemy się bardzo cieszyć. STAWIANIE GRANIC – temat z grubej rury A.: Dzisiaj pogadamy sobie na temat stawiania granic podczas starań. Temat z grubej rury powiedziałabym. Bardzo potrzebny, ale bardzo trudny. Z.: Każdy tę technikę opanować powinien do perfekcji w ogóle w życiu, ale te starania, to  taki wyjątkowy czas, kiedy jesteśmy bardzo bezbronni i może się okazać, że jesteśmy bardzo asertywni na co dzień, potrafimy sobie to swoje pole zawodowe w pracy wyznaczać bez żadnych problemów, bez żadnych zawahań. Albo w rodzinie, swojej najbliższej <tak sobie myślę>, np. ze swoim partnerem. Jak przychodzi do tematu „starań” to jesteśmy nieodporni na te ciosy i tacy bez żadnej tarczy ochronnej, stajemy się bardzo… A.: Malutcy? Z.: Tak. Jakby stoję naga tutaj stoję przed Tobą. Nic mnie nie chroni. Tak to potrafię się ubrać w moją zbroję i czuję się w niej naprawdę swobodnie i nie pozwalam do siebie strzelać, a nawet jak do mnie strzelisz to szybko odpieram ten atak, bo wiem, jak postawić granicę. W temacie STARAŃ, nie jestem już taka hop-do przodu. Będziemy Wam opowiadać różne historie w trakcie, ale… Ja w temacie starań byłam bardzo bezbronna i to jest też o mnie. Kojarzycie takie stan po jakiejś utarczce słownej – to nie musi być jakaś wielka kłótnia (chociaż może być, jeśli już eskaluje do takiego stopnia). Ale kojarzycie ten stan w którym najlepsze riposty przychodzą Wam jak już jest – albo chwilę po >kłótni< tylko oczywiście nie możecie ich wytoczyć, albo potem jak sobie myślicie o tym. Wtedy doskonale wiecie, co byście lepiej zrobiły, inaczej to rozegrały, nie dały się sprowokować, coś przemilczały lub coś dosadnie powiedziały. To wszystko przychodzi po czasie i ja najwięcej takich… jak to nazwać? Wyrzuty sumienia? Właśnie miałam w okresie starań i doszłyśmy z Anią do wniosku, że to jest bardzo wyjątkowy czas, w którym jesteśmy nie-bulletproof. STREFA KOMFORTU A GRANICE – CZY UMIEMY W GRANICE A.: Taki czas w którym, tak jak  Zosia wspominała, że może to stawianie granic… Chociaż jak ja rozpoczynałam starania, to też te granice… staraniowe to już w ogóle, ale też takie  w życiu nie potrafiłam ich stawiać i do tej pory mam trudność. Stawianie granic jest niekiedy nieprzyjemne i jest trudne, i jest (nie wiem, czy w każdym przypadku ale w moim), to jest wychodzenie ze swojej strefy i zderzenie się z tym, że stawianie granic nie zawsze jest przyjemne. Natomiast w konsekwencji, kiedy te granice zostają postawione, czasami dzieje się wiele dobrego. To stawianie granic potrafi nam pomóc.  Rozmawiałyśmy z Zosią o tym, że podczas starań czułyśmy się bardzo bezbronne, że kiedy przyszło do stawiania granic w momencie, w którym jesteśmy tak bardzo poturbowane, i podkopywane nasze poczucie własnej wartości, to żadna zbroja nam nie pomoże. <wówczas> To jest tylko taka zbroja ściemniacza. Na początku ja nie „umiałam w granice”. Najpierw musiałam się przyznać, że ja potrzebuję tych granic, bo miałam taką manierę w sobie tłumaczenia całego świata: że ten świat nie chce; że nikt nie miał nic złego na myśli; że nie wie; że ciocia ma tyle lat, więc skąd mogła wiedzieć. Z drugiej strony pomyślałam sobie, jak tworzyłyśmy dla Was jeden z poprzednich mailingów, że tak tłumaczyłam innych, aż zapomniałam w tym wszystkim znaleźć zrozumienia dla siebie samej. Zamiast skupić się, kiedy ta dana sytuacja właśnie się wydarzyła, w której nie potrafiłam postawić granicy, to moje myśli skupiły się wokół ogromnej złości wobec tego, co się wydarzyło, ale później nastąpił moment wytłumaczenia sobie. Natomiast bardzo rzadko dochodziło do tego, że przed samą sobą mówiłam: HEJ, TO MNIE BOLI. To mi się nie podobało bardzo i myślę, że w tym przypadku to byłby pierwszy krok, który mógłby zaprowadzić gdzieś dalej. Przyznanie się przed samym sobą, że coś zaczyna mnie uwierać, a nie wybielanie tego i wtłaczanie sobie, że nie, nic mnie nie uwiera. Z.: Powiedziałaś coś takiego Anna, ja się z tym zgadzam, (chociaż pewnie nie każdy tak będzie miał, ale myślę, że zdecydowana większość), że sam moment, w którym musisz w sobie podjąć tę decyzję, że TERAZ wyznaczysz tę granicę, oznacza, że musisz zrobić coś niekomfortowego. Trzeba się postawić, trzeba wyjść ze strefy swojego komfortu, powiedzieć komuś coś, co prawdopodobnie nie będzie dla niego miłe do przyjęcia. Bo to jest taki moment w którym serce szybciej bije i nie wiesz czy zbierzesz się na odwagę żeby to zrobić, ale z drugiej strony później życie w tym świecie w którym Twoje granice są postawione i ktoś nie próbuje ich przesunąć jest bardzo komfortowe.  Wyobrażam sobie, że są tacy ludzie, którzy są bardzo asertywni i dla nich to jest takie easy game, a są tacy dla których stawianie granic będzie bardzo stresogenne, i może zdecydują się tę swoją granicę podkreślić, zamanifestować dopiero za 15-tym razem, kiedy ktoś spróbuje ją przekroczyć dopiero. Rozumiesz, bo na to wpływa bardzo dużo części składowych: wychowanie w domu, towarzystwo w którym chcesz postawić tę granice. To jest tak wiele puzzelków, że ta finalna decyzja o przesunięci granicy, może zapaść w bardzo różnym momencie, ale nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, po wyznaczeniu tej granicy, mogłabyś powiedzieć, że czujesz się niekomfortowo. To raczej działa w drugą stronę, że w momencie w którym po raz kolejny nie zdecydujemy się aby stanąć w swojej obronie, w obronie swojego serca i swojego ciała, to częściej przychodzą wyrzuty sumienia: a mogłam; a trzeba było. Tak jak właśnie >po czasie< przychodzą nam najlepsze riposty, to gdy nie postawimy tych granic, to jest gorzej, chociaż zdaję sobie sprawę, że ich postawienie jest turbo-trudne. Ja np. jestem takim człowiekiem, który nie ma problemu ze stawianiem granic, chociaż nie zawsze jest to komfortowe- przyznaję, natomiast nie czaję się, tylko szybko akcentuję  >granicę<. To w temacie STARAŃ byłam kompletnie bezbronna i takie rzeczy, jak przemyślenia wypłakane pod kocem po powrocie do domu, kojarzę najbardziej z okresu starań. To była ta zraniona część, której ja nie potrafiłam w sobie zaopiekować i obronić, a ta cześć była najbardziej wrażliwa i czuła i kiedy tam trafiłaś tą strzałą, to było to miejsce, w którym ja nie byłam dla siebie wystarczająco… opiekuńcza?  Do stawiania granic bardzo bym chciała, aby ten podcast Was zachęcał. Tylko nie na zasadzie postawić i odciąć się od całego świata, bo zostanie ona postawiona w sposób wybuchowy, nieprzemyślany, kierowany emocjami, chociaż ciężko odciąć zupełnie emocje, gdy w grę wchodzą uczucia i tak ważne rzeczy dla nas. Fajnie, że możecie sobie to teraz przemyśleć na spokojnie i zastanowić się w jaki sposób chcielibyście (chociaż pewnie nie da się przepracować tego scenariusza 1:1, który sobie opracujecie), ale choć trochę będziecie przygotowani, kiedy przyjdzie Wam stanąć w swojej obronie i postawić tę granicę, to wstępnie będziecie mieć zarys, i pomysł na to, w jaki sposób to zrobić. GRANICE – czy zawsze musi grzmieć? A.: Ja sobie myślę, że od czasu w którym starałam się o dziecko i totalnie nie potrafiłam stawiać granic, upłynęło sporo wody w tej rzece. Okazało się, że dojrzałość, której nabywa się z wiekiem i różne sytuacje życiowe sprawiają, że (a propos tego, że jest to niekomfortowe dla mnie), opracowałam sobie technikę, że w sposób kulturalny można wyrazić swoje zdanie, i nauczyłam się je wyrażać. Stawianie granic kojarzyło mi się z wielką wybuchowością i z tornadem emocjonalnym, a można powiedzieć językiem, którym komunikujesz się z daną osobą, co jest Twoją granicą, tak, aby postarać się żeby ta osoba zrozumiała. Tylko pytanie, czy każdy zrozumie Twoją granicę, bo gdy stawiam granicę i wiem Zosin, że my możemy sobie porozmawiać ze sobą i po drugiej stronie mam inteligentną laskę, która bierze to p
W dzisiejszym podcaście odpowiadamy na poniższe pytania: 1. Nowy rok – nowa ja? 2. Czy to ma szansę zadziałać? I jeśli tak to w jakich warunkach? 3. Czy to nie jest tak, że aby wystartować potrzebujemy „białej kartki”? 4. Co nas motywuje, a co wytwarza tylko dodatkową presję? 5. Robię coś bo czuję, że naprawdę tego chcę czy podążam za tłumem i robię trochę bezmyślnie tylko dlatego, że inni to robią? 6. Czy deadline działa na Ciebie motywująco czy presja sprawia, że gdy „musisz” to przestajesz działać efektywnie? 7. Co zrobić, żeby zminimalizować ryzyko porażki? Jak przygotować się na sytuacje kryzysu, niemocy, braku czasu, chorobę etc? 8. Jakim jesteś człowiekiem? Czy jeśli pozwolisz sobie na małe odstępstwo to serio na nim poprzestaniesz? Czy wyciągnięcie jednego małego kamyczka spowoduje całą lawinę kamyczków pełnych odstępstw? 9. Jaką drogę masz do przejścia? Czy metoda małych kroczków jest dobra zawsze dla każdego?  Zosia: Jaką nam opowiesz ciekawostkę Ania na początek? Po takiej przerwie nagrywamy podcast, że naprawdę możesz nam powiedzieć różne fajne rzeczy. Ania: Przede wszystkim chciałabym powiedzieć, że bardzo się cieszę, że wróciłyśmy.  Z.: Oby to było stałe. Teraz ja też tak się boję, żeby to nie było, że się zerwiemy- nagramy jeden podcast i znowu osiądziemy. A.: Jakoś tak wczoraj „odkulisowo”, wygląda to tak, że myślimy nad tematami, a wczoraj TEN temat urodził się dość szybko. Więc myślę, że poczułyśmy to flow. Z.: Jest nam trochę smutno >powiem Wam<, że dawno nie nagrywałyśmy tych podcastów, a one wciąż w wiadomościach od Was się przewijają. Codziennie piszecie, że słuchacie nas w podcastach i że to bardzo lubicie. Jak piszecie do nas takie wiadomości, że się udało, to tam też bardzo często przejawia się >info<, że słuchaliście tych podcastów. Smutno mi bardzo, że zniknęłyśmy na tym polu. A.: Nowy rok postanowienia… Z.: Oho, bo o tym dzisiaj będzie podcast. Słuchajcie, bo to są też nasze postanowienia – przeróżne.  To zróbmy teraz wejścióweczkę i nawijamy… Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań. A.: Witamy w kolejnym podcaście… po przerwie. Z.: Dłuuuugiej. Siemka. Nagrywamy dla Was te same MY, chociaż trochę nowe, trochę z nowego studia, bo w innym miejscu. Mamy nadzieję, że jakość dźwięku będzie spoko, bo nagrywamy trochę inaczej… więc się okaże.  Będziemy dzisiaj mówić, o NOWYCH NAS – jest taki slogan (znany pewnie większości z Was pt. NOWY ROK- NOWA JA, i troszkę około tego tematu będziemy się dzisiaj poruszać. Zobaczycie, czy troszkę jednak próbując go obalić, obśmiać, czy jednak wysunąć na piedestały i próbować Was przekonać, że warto według niego żyć. A.: Nowy rok-nowa ja, ale też NOWE DIETY W AKADEMII. Z.: Tak, To prawda. A.: Nowe diety sezonowe pojawiły się i w momencie w którym mamy premierę podcastu – możecie zerknąć, co tam ciekawego czeka na Was. Z.: One prawdopodobnie, (jeśli słuchacie nas w tych dniach początkowych i trafiliście na premierę podcastu, a nie po jakimś czasie), prawdopodobnie są jeszcze do ustrzelenia taniej. Radzimy czym prędzej >zajrzeć< do sklepu, żeby sprawdzić, czy jeszcze ta promka śmiga, aby zacząć ten nowy rok z NOWĄ „JĄ”. Zaraz będziemy sobie o tym nawijać, czy to mądre jest, bo wiecie jak to z tymi postanowieniami  noworocznymi (wiecie, albo nie wiecie). Trochę tak jest, że zakładamy dużo nierealnych celów, które są bardzo fajne  w naszej głowie, bo życie wyobrażeniami o „nowej mnie” (z tego czasu, który wyobrażam sobie musi minąć, żeby osiągnąć jakiś tam cel) jest bardzo fajne i takie, że chce się biec do tego celu. Tylko, że przez to, że one są takie nierealne, że zakładamy je bez żadnych konkretnych założeń, które mają nas do nich doprowadzić, to większość z nich jest po prostu nie osiągalna (np.) te obśmiewane  karnety na siłownię, które wykupujemy w styczniu na potęgę- kończą się w styczniu. Te pierwsze dwa tygodnie-trzy tygodnie stycznia siłownia jest pełna, a potem odpadają zawodnicy – ci właśnie, którzy mieli być w teamie „nowy rok-nowa ja”.  Jak to jest i dlaczego tak jest, i co zrobić żeby tak nie było- mamy na to kilka pomysłów. A.: Ja mam jeszcze takie pytanie (takie rozmyślenia): czy to nie jest tak, że my potrzebujemy po prostu białej kartki (tej przysłowiowej) w swojej głowie i jedną właśnie (z tych wielu kartek), którą napotykamy w takim cyklu kalendarzowym, jest nowy rok. Też jest taka porządna biała kartka, bo wymazane jest wiele rzeczy, a taką białą kartką, która może być motywująca w pewien sposób, jest też ta „zmiana od poniedziałku”. Czyli może TO jest motywujące, taka biała kartka. Z.: Stara… Jasne:). W ogóle dużo rzeczy jest motywujące. Dobieganie do deadlinów i rozpoczynanie ich, to w życiu staraczy mam wrażenie kręcimy się wokół nich. Chociażby każdy nowy cykl – to nowa biała kartka. Dużo jest takich nowych momentów od których fajnie jest zaczynać, bo on otwiera nowy rozdział, który może odwrócić wszystko. Tak samo ten „nowy rok”, jest właśnie fajnym rozpoczęciem, że mogę >jeszcze raz<, a tamto zostawiam za sobą i zaczynam. Czy to jest poniedziałek, czy to jest nowy cykl, czy nowy rok, mogą to być urodziny – DEADLINE`y SĄ WPISANE W ŻYCIE STARACZY. Okupione są dużą dozą nadziei i powiewu świeżości, że tam za rogiem jest zupełnie inne życie i (chyba) będzie łatwiej odgrodzić je kreską od poniedziałku, a nie od soboty… i dlaczego tak jest? A.: To jest dobre pytanie i wiesz, że dla wielu osób jest motywujące, że takie deadlin`y (może nie nowy rok-nowa ja), bo też przychodzi luty i kolejny >miesiąc< i dla wielu z Was może to być motywujące. A propos motywacji na mnie działa coś odwrotnego i nie narzucanie sobie takich deadlinów jest bardziej motywujące i jestem osobą, która woli myśleć o tym, że dzisiaj mam przygotować zdrowy posiłek, lub tę siłkę dzisiaj mogę – i myślę tylko o dzisiejszym dniu- czy 15 min. poćwiczę, takie miałam kiedyś założenie, to mi bardzo pomogło, utrzymywać w ryzach ćwiczenia, których potrzebowałam. Nie narzucanie sobie tego, że muszę to robić – tylko robię to (tylko i wyłącznie dzisiaj, a nie myślę o tym >w kółko<). Taka zmiana myślenia, to naprawdę > u mnie< działa. Z.: Aaa ja nie. Zupełnie inaczej >robię< jak sobie tak pomyślę o tym- ja nie zrobię rzeczy dopóki nie mam deadlajnu, że mi sapie na plecach. A.: No tak, dokładnie. Więc NOWY ROK-NOWA JA, może być całkiem niezłym kopniaczkiem, nie stwarzając takiej presji, która może się pojawić. Natomiast ja jestem taką osobą, która jednak woli np. trenowałam i potrzebowałam trenerki do tego, żeby nie zrobić sobie krzywdy na siłowni ze względu na mój kręgosłup. Ja na tę siłownię uczęszczałam ochoczo, albo i nie, bo nie zawsze mi się chciało, to ona > trenerka< była takim moim deadlinem, bo umówiłam się z kimś więc głupio mi  było nie przyjść na te zajęcia, a jak mi się nie chciało, wręcz >prosto< w twarz jej to mówiłam, że nie chce mi się ćwiczyć, ale skoro już się umówiłyśmy, więc >tak sobie mówię< jestem odpowiedzialną Anią, jestem dorosła, będę tu. Więc umówienie się z nią działało, (bo przekładałam tylko w kryzysowych sytuacjach) i uczęszczałam na te zajęcia. Gdy zmieniły się trochę warunki współpracy naszej i powiedziała, że MUSZĘ ten pakiet ćwiczeń wykorzystać w określonych miesiącach, czyli MUSZĄ być ćwiczenia dwa razy w tygodniu do końca grudnia, to ja się nie zjawiłam na żadnych zajęciach. Moment w którym >pojawiło się < MUSZĘ to zrobić, odrzucił mnie, pomimo, że wcześniej tak naprawdę cisnęłam dwa lata.  Także myślę, że dla słuchaczy deadline mogą być dobre, ale mogą też przeciwny mieć efekt. Z.: Ja to trochę czaję, bo jak za bardzo mnie przypałujesz, to ja już zamykam się w sobie i w swojej skorupce i myślę „a to pierdzielę, w ogóle odejdź”. Z drugiej strony, to o czym Ty mówisz, że umówiłaś się z kobietą i nawet jak Ci się nie chciało to poszłaś, to już jest pewnego rodzaju deadline.  Samo to >umówienie< już mnie motywowało, bo gdybym miała iść na tę siłownię i miałabym ćwiczyć sama, a miałabym cały poniedziałek od godziny 8 do 22 i to ja miałabym zdecydować o której godzinie idę, bo tylko ja sama organizuję sobie tam ćwiczenia, a nie, że jest za mnie odpowiedzialna jakaś Basia, która zarezerwowała sobie mój czas, ustawiła sobie pode mnie kalendarz, to jest mniejsze prawdopodobieństwo, że Zosin znajdzie się na tej siłowni >sama<, niż jak jest umówiona z Basią. A.: Tak, bo motywacją było to, że angażuję w to inną osobę i jestem dorosła, i … Z.: Głupio po prostu jest… A.: Tak, i nie chcę jej zawracać głowy, stawiać w niezręcznej sytuacji, bo właśnie: ustawiła sobie grafik pode mnie i to mnie właśnie bardzo motywowało. To było coś, co mi pozwoliło tam uczęszczać dwa lata… może nie całe dwa lata, w każdym razie długo wytrzymałam na tej siłowni i sprawiało mi to radość, a po pewnym czasie wkręciłam się w to. Ale już ten wytrych został (może, jak słuchacie tego podcastu, to wróciłam >na siłownię<, bo ja cały czas mam zamiar wracać). Z.: Od stycznia, bo nagrywamy przed styczniem, więc może. A.: Może to będzie >mój< NOWY ROK- NOWA JA, natomiast na mnie ten „nowy rok-nowa ja” nie działa. Z.: Musisz się spiąć, Stara;), bo jak naprawdę zechcesz wrócić z takim miesiącem, gdzie dużo ludzi zaczyna, tę NOWĄ BIAŁĄ KARTĘ, to może być gęsto tam na tej siłowni naprawdę na początku. Więc zepnij się, jak możesz teraz chwilę przed. A.: Właśnie w kontekście ćwiczeń siłowych i w ogóle wychodzenia gdzieś, może właśnie umówienie się z kimś na wspólne wyjście, będzie dla wielu z Was będzie rozwiązaniem, na to żeby coś zdziałać, jeżeli wiecie, że ta aktywność fizyczna w waszym przypadku (przypuszczam, że w większości Was, a nawet i w całości, bo ta aktywność jest bardzo ważna może dać korzyści), to umówienie się z koleżanką na tę siłownie>zadziała<, jeżeli jesteście takimi „Aniusiami”. Z.: Ja się umówiłam z moim mężem i aktualnie wygląda to tak, że mój mąż chodzi a ja teraz mam deadline z kolei od naszego trenera, że jeszcze dwa treningi na których się nie pojawię, to on łączy mojego Dudka z kimś innym, a dla
Dzień, w którym pokazuje się jedna kreska na teście ciążowym Niby chcesz wiedzieć, czy się udało, ale nie wierzysz w wynik, który się pojawia. Jeszcze chcesz się łudzić, że ta jedna kreska na teście ciążowym to być może pomyłka, może jest za wcześnie… Przerabiałyśmy to wielokrotnie. Mamy za sobą kupowanie testów po 100 w pakiecie, ukrywanie ich głęboko w szafkach, wlepianie się w to malutkie okienko i odpinanie wrotek, gdy wszystko było już jasne. I tak do kolejnego razu. Posłuchaj o maniakalnej Ani i przestraszonej Zosi oraz o tym, jakie demony budziły się wtedy w naszych głowach. Plan odcinka Jedna kreska na teście ciążowym Ania – testerka maniakalna Ukrywanie testów przed mężem Dalsze testowanie pomimo wyniku badań krwi… Zosia – testerka przestraszona Dzień testowania Kolejny cykl to nowa nadzieja Transkrypcja podcastu Akademii Płodności Ania: Dobrze. To może zadam ci pytanie. Zosiu, jaką książkę przeczytałaś ostatnio? Ale skończyłaś. W sensie nie, że zaczęłaś, tylko… Albo w trakcie może jesteś jakiejś fajnej? Zosia: Jesteś podła. A.: I proszę jakąś pozytywną literaturę. Z.: Zastanowię się. Nie przeczytałam, ale odsłuchałam. Teraz jest tak mi łatwiej. I dzisiaj skończyłam bardzo fajną książkę, mogę polecić. Jest to książka pod tytułem „Lekcje chemii”. Zobacz: o, taką ma okładkę, żebyś sobie zapamiętała. To są takie cztery kolory. I nawet Nigella Lawson ją bardzo dobrze zrecenzowała. Napisała, że było jej smutno, jak się skończyła. Bonnie Garmus napisała tę książkę. I czyta Paulina Holtz na aplikacji BookBeat. Bardzo w ogóle polecam. Można sobie też spróbować – dwa tygodnie próbne. To nie jest żadna współpraca. (śmiech) Gdyby ktoś chciał przeczytać tę książkę, to bardzo polecam, bo taka jest… Chciałabym powiedzieć, że lekka, a wcale nie, bo porusza trudne tematy. Ale jest napisana takim językiem, że wiele razy możesz się tam uśmiechnąć, a nawet uronić łezkę. Pozwala uwierzyć bardzo w kobiecą siłę. O, tak bym powiedziała. A.: No ładne. Zachęcające. Z.: Pokazuje, ile kobiety mają w sobie siły. I jak to udowodniły na przestrzeni lat. Bo to jest akcja, która się dzieje w latach 50., 60. Na początek polecajki książkowe Z.: Aniusiu, a jaką ty przeczytałaś ostatnio książkę? Pozytywną i możesz nam polecić. Czy czytasz same niepozytywne? Mam teraz taki wyrzut sumienia, bo ostatnia, którą ci poleciłam, była meganiepozytywna. A.: Wiem. Po prostu szukam tych pozytywnych. Ostatnią książką, którą zaczęłam czytać i jestem w trakcie, to jest ta, którą podarowałam dzisiaj Zosi. Jest to książka o tym, jak funkcjonuje nasz mózg. A z pozytywnych książek ostatnich niestety sobie nie przypomnę, bo same były niepozytywne. Nie chcę ich polecać, bo szczerze powiedziawszy, musiałam się podnosić po niektórych publikacjach, które zresztą polecała mi tutaj moja współtowarzyszka w tym pokoju. Ona zrzuca takie bomby. Jedna z nich nazywała się „Wrony”. Wspaniała tak naprawdę. Z.: Ja też uważam, że to jest wspaniała książka. A.: Tylko nie pamiętam autorki. Z.: Zaraz sobie to sprawdzę, żeby podać. A.: Ona napisała kilka książek. Ale dwie są dostępne, przetłumaczone w języku polskim. Tę drugą również przeczytałam. Z.: To co ty na mnie, kurde, gadasz, jak potem sięgasz po drugą! A.: Bo superjęzyk. Z.: „Wrony” – Petra Dvorakova. A.: O, tak. I druga książka, która jest też dostępna, jej autorstwa. No, ale… Dużo płaczu. I takiej podróży też w przeszłość. Miałam wrażenie, że widziałam w tej książce siebie, więc to takie było przytłaczające i nieprzytłaczające. Ale poruszająca książka. Zobaczcie sobie najwyżej opis, chociaż on dużo nie mówi, niestety. Krótka lektura. No, ale jak chcecie sobie powyć troszkę, to… To miało być pozytywnie, dziękuję bardzo. Zaczynamy! Z.: Ale ja muszę tutaj wytłumaczyć, bo podpuszczasz mnie. Każesz książkę polecić. Akurat ta, którą wam dzisiaj poleciłam, naprawdę jest pozytywna i raczej lekka, więc nie bójcie się jej. A.: A ja poleciłam niepozytywną. Z.: Ale ja się tu muszę wytłumaczyć, bo powiedziałaś, że ja ci ją poleciłam. Cała odpowiedzialność i tak spoczywa na moich barkach. Polecam książki, które uważam, że mogą wnieść jakąś wartość do twojego życia. I z których możesz wyciągnąć jakieś wnioski albo coś zrobić. Ale rzeczywiście czasami jest tak, że czytasz ją i czujesz się, jakbyś dostał obuchem w łeb. W konsekwencji tego mają wyjść dobre wnioski na przyszłość, na następne pokolenia, na ciebie teraz, na inne rzeczy. A.: Tak, zgadzam się. Otwierające głowę. Z.: Dokładnie taki miałam w tym cel. A.: I się udało. Z.: Wylałaś przy tym morze łez. A.: Rezonowała bardzo długo ze mną ta książka. Naprawdę długo. Tak że dziękuję. No dobra, długi ten wstępik książkowy, ale czas też fajnie sobie miło spędzić książkowo. Jedziemy ze wstępem. Z.: Mhm. Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko. Jedna kreska na teście ciążowym Z.: Hello, hello, witamy was ponownie. To się dzieje. Nowe odcinki powstają cały czas, więc dumna z nas jestem, że to się udaje po takiej przerwie. Mamy wypisanych siedem nowych pomysłów na odcinki, więc to jest dość dużo. A nie uda nam się pewnie pocisnąć dzisiaj tego wszystkiego. Trochę sobie wrócimy do przeszłości i pogadamy o takim specyficznym czasie w trakcie starań i w trakcie cyklu, który zataczał cyklicznie koło, kiedy to pojawiała się jedna kreska na teście ciążowym. I co się wtedy działo w naszych życiach, w naszych głowach, jak to było. Od razu wam zaznaczę tutaj, bo my już jesteśmy po krótkiej pogadance na ten temat, że światy Ani i Zosi bardzo się różniły w tym temacie. Bo np. Ania to była taka testerka maniakalna. Mogę cię tak określić? A.: Tak. Z.: Maniakalnie kochałaś robić testy ciążowe. Opowiesz nam o tym, jak kupowałaś pakiety i miałaś tych testów mnóstwo i apteki omijałaś i różne takie klimaty. Ja z kolei byłam taką testerką przestraszoną. Raczej zwlekałam ze zrobieniem tego testu, bo bardzo się tego bałam. Pamiętam. Za każdym razem trzęsły mi się łapy, ganiłam się w głowie, gdy miałam zrobić test. Też wam to opowiem. Ale na wstępie zaznaczamy, że pewnie po drugiej stronie tych odbiorników będą różne osobowości. Ciekawa jestem bardzo, czy się odnajdziecie w tym świecie. I jak wasz świat wyglądał albo wygląda teraz, kiedy widzicie tę jedną kreskę na teście ciążowym. Zaczniemy od maniaka Anny? A.: Maniakalny typ. Z.: Maniakalny typ testowy.   Ania – testerka maniakalna   A.: To było zdecydowanie silniejsze ode mnie. A liczba testów walających się w moim domu była po prostu niebotyczna. Czekałam do najwcześniejszego momentu, w który mogę zrobić test ciążowy. Przez większość okresu starań zdecydowanie, nawet nie wiem, czy był taki cykl, w którym nie robiłam tych testów ciążowych. Z.: Oh my God. A.: Więc w pewnym momencie wydawałam na nie fortunę. Kupowane w aptekach, na Allegro w takich pakietach – to były takie paseczki. Z.: Ja je znam, bo też je kupiłam. A.: W takich folijkach. Wraz z testami owulacyjnymi, bo to była jedna aukcja. Jak już kupowałam 50 tych testów, potrafiłam robić po trzy, cztery dziennie. Te testy to jednak zajmowały moją głowę i robienie ich w pracy, po pracy, przed pracą, rano, po południu, po kawie… Dużo tego było. W pewnym momencie doszło do mnie, że… Chociaż to była naprawdę bardzo silna potrzeba robienia ich. Jakby coś się miało zmienić przez tę godzinę. I w pewnym momencie nawet walczyłam z tym, żeby tego nie zamawiać. Stwierdziłam, że nie, dobra, jak będę miała tylko możliwość kupienia w aptece, to nie będę tego robić, bo tam były droższe. One kosztowały po 20–30 zł. Wystawiałam więc siebie na próbę, żeby nie kupować tych drogich, bo to przepalanie gotówy. Wytrzymam. Ale i tak to nic nie dawało, bo ten jeden, chociaż te dwa… Omijanie niektórych aptek Z.: Czyli i tak lądowałaś w aptece czy zamawiałaś duży pakiet na Allegro. A.: Ale wiesz, to trwało chwilę, a ja chciałam teraz, już zrobić ten test. Z.: Czyli szłaś do apteki. A.: No tak, a te przesyłki szły. Akurat na tych aukcjach nie było tak, że jednego dnia zamawiałam, a drugiego już to było w paczkomacie, bo nie było jeszcze paczkomatów. Więc te przesyłki kilka dni szły, a ja już chciałam teraz, już. Ta potrzeba zrobienia testu była tak silna, że nie mogłam się opamiętać, żeby go nie kupić. I omijałam niektóre apteki, bo miałam wrażenie, że te panie już mnie pamiętają. Z.: No właśnie miałam o to zapytać. Pamiętam, jak opowiadałaś mi… To było w jednym cyklu, że wstydziłaś się pójść do tej samej apteki? A.: Tak. Ale wiesz: miesiąc w miesiąc. Z.: Dlatego zastanawiam się, czy obierałaś sobie punkty apteczne – ten ogarniam w tym cyklu, a w następnym się nie będę wstydziła pójść do tamtego? A.: Może nie tak, ale w tej aptece już byłam w tym cyklu, no to nie idę do niej…  Z.: I co: pójdę dalej? A.: Idę dalej. Do kolejnej. Po drodze mijam aptekę taką, to już rano wiem, żeby do niej zajść, bo z przystanku ją będę mijała.   Co pani w aptece sobie pomyśli? A.: Jak wchodziłam do tych aptek, to miałam wrażenie, że… To mogło być tylko wyobrażenie w mojej głowie wyłącznie, że te farmaceutki mnie rozpoznają. Naprawdę to mogło być tylko w mojej głowie. Przemiał tych klientów przypuszczam, że jest ogromny. A ja jakoś specjalnie się nie wyróżniałam. Nie miałam włosów kolorowych – czapka i tyle. Pewnie one nawet nie miały pojęcia, że ja to tak postrzegam, co one sobie myślą na mój temat. W jednym z podcastów wspominałyśmy o tym, że lubimy dokarmiać te demony w głowie i te myśli stają się takie opasłe podczas starań. To ja właśnie tak sobie je jeszcze dokarmiałam tym, co myśli sobie o mnie pani w aptece. Kiedy tych aptek tutaj, w moim mieście, jest tak dużo. Ale tego się nie dowiedziałam nigdy, czy mnie zapamiętały i czy faktycznie miałam rację. Przypuszczam, że to było tylko w mojej głowie. Z.: A nawet jeśli, to jakie by to miało znaczenie. Teraz się nad tym zastanawiam, bo chcę też nawiązać do siebie. Czyli też teoretycznie inna osobowość, a z drugiej strony, jak odważyłam się w końcu zamówić tę paczkę z tymi… Tam było chyba 50 tych testów czy 100, te cieni
„Spodziewaj się niespodziewanego”, „Niskie AMH to nie wyrok”, „Jesteś wartościowa bez względu na wszystko” – to tylko niektóre z rad, które chciałybyście usłyszeć od samych siebie na początku starań. A co ty chciałabyś usłyszeć, gdybyś mogła kiedyś spotkać siebie z przyszłości, bogatszą o wiele doświadczeń? My również zadałyśmy sobie to pytanie. Posłuchaj naszych i waszych odpowiedzi. Plan odcinka Co chciałabyś usłyszeć na początku starań?  Rada Ani  Rada Zosi  Wasze rady na początek starań Transkrypcja podcastu Akademii Płodności   Zosia: Kocham jeść. Jedzenie sprawia mi tak dużo radości w życiu moim! Dlatego robię w dietetyce właśnie. Ania: Bo możesz jeść. Z.: Bo mogę jeść i wymyślać nowe rzeczy, które można jeść. I gadać o rzeczach, które można jeść, wyobrażać je sobie, nagrywać się, jak jem. Rozumiesz? Robić zdjęcia jedzeniu. To jest wspaniałe. Moje życie jest wspaniałe. Chciałabym móc dużo jeść. Ale samych dobrych rzeczy. Bardzo lubię jeść.   Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko.   Co chciałabyś usłyszeć na początku starań?   Z.: I dziś towarzyszymy wam w tych staraniach z naszym kolejnym podcastem, w którym to poruszymy… Zawsze tak zaczynam, muszę coś zmienić. Słuchajcie, wpadłam niedawno na taki pomysł – nie wiem, kiedy tego słuchacie, więc to może być całkiem nie niedawno, ale nie puścimy tego też w jakiejś bardzo odległej przyszłości. A.: Tak. Z.: Wpadłam na taki pomysł. Fajny był to pomysł. A.: Bardzo fajny. Z.: Który bardzo siadł na Instagramie i bardzo się cieszę, bo bardzo chciałyśmy, żeby tak było, żeby wynieść z tego dużą wartość. I już mówię, co mam na myśli, bo tak trochę enigmatycznie się zrobiło.    Wymyśliłam sobie takie coś, że bardzo bym chciała móc się cofnąć w czasie w swojej głowie, żebym sama ja samej sobie dała jakąś radę. Czyli żebym mogła na chwilę spotkać Zosię z przyszłości i zapytać się jej o jedną radę, której by mi udzieliła, wiedząc, że ta Zosia pierwsza jest na początku starań, a ta Zosia druga już ma te starania za sobą. Co bym chciała usłyszeć od tej siebie z przyszłości, żeby tę radę zaimplementować w swoim życiu z przeszłości i jakoś lepiej to przeżyć? Zatytułowałyśmy tak nawet tę rolkę: „Jedna rada, jaką dałabyś sobie na początku starań”. I dzisiaj tego będzie dotyczył ten podcast. A.: Tak, ale to są też rady Zosi, która jeszcze jest w czasie starań, tylko jakąś drogę już przeszła. Z.: No wydaje mi się, że to dobrze wytłumaczyłam. A.: Tak? A, sorry, nie słucham.  Z.: To fajnie. A.: Nie, żartuję! Żartuję oczywiście. Z.: Ha, ha, ha. A.: Oczywiście, że słuchałam.   Gdybyś mogła cofnąć się w czasie…   Z.: Bardzo fajne było to, że pod tym postem na Instagramie były setki komentarzy. Bardzo zależało nam na tym, żeby z tego zrobiła się taka baza wiedzy. Bo jeśli jedna Zosia udzieli wam jednej rady, to ona prawdopodobnie zarezonuje w życiu może jakiejś innej Zosi jeszcze, a jeśli tam setki Zoś zostawią komentarze, to może się okazać, że „Boże, to jest rada dla mnie!”. I tam właśnie tak było! Bo te rady mogą być przeróżne. I z takiej perspektywy wyszłyśmy, tworząc ten pomysł. Bo może się okazać, że rada, którą ja bym sobie dała na zasadzie: „Poświęcaj więcej czasu ludziom, których ciągle odkładasz na później, bo wydaje ci się, że za chwilę będziesz miała dla nich czas” zupełnie nie siądzie w życiu innej osoby. A.: Tak. Z.: Albo np. rada, którą tam przeczytałyśmy: „Rozwiedź się szybciej z mężem”, nie będzie radą, którą ja byłabym w stanie odbić lustrem w swoim życiu. Te rady mogą być przeróżne i część z nich wam dzisiaj tutaj przytoczymy, ale byłoby super, gdybyście się wy zastanowili tak w swoim własnym życiu, w swoim własnym ogródku, co byście chcieli usłyszeć na początku starań. Oczywiście w kontekście waszego życia. Tylko waszego. A.: Bo wy znacie siebie najlepiej. Z.: Czyli Ania daje radę Ani, Zosia daje radę Zosi. Ale może się okazać, że tam jest jakaś bliźniacza Zosia, której rada bardzo zagra w moim życiu i wezmę z niej sobie coś dla siebie. A może się okazać, że o radzie, którą dała Ania, pomyślę sobie: „O matko! To jest zupełnie nie dla mnie!”. I to też jest okej. Jaką radę, Aniu, dałabyś samej sobie na początku starań?   Rada Ani   A.: Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to to, żebym się nie karała za to, co czuję. A karałam się bardzo. I więcej zrozumienia tego, co czujesz, i więcej takiego przytulenia własnych myśli. Pozwolenia sobie na to? Bo w mojej głowie działo się bardzo dużo. Pamiętam nawet taką frazę, którą powtarzałam. Chyba nawet ją sobie wypisywałam często, bo moje staraczkowe myśli przelewałam do pamiętnika. O tym też wspominałyśmy w jednym Mentalny Projekcie Żyćko. To jest taka seria maili, gdzie poruszamy temat emocji. Tam zachęcałyśmy was również do przelewania swoich myśli gdziekolwiek tylko możecie (na papier, Dysk Google, jakiś plik, na naszą skrzynkę dziewczyny się odzywały) i nazywania tego, co czujecie. Tak, jak czuję; tak, jak to przychodzi do mnie. Przelewanie tego w takiej formie.    Ja pamiętam, że zamiast przelać to, co czuję, oceniałam to, co czułam. Pamiętam takie sformułowanie: „Przecież ty jesteś dobrym człowiekiem, to czemu tak myślisz?”. W ogóle nie pozwalałam sobie na smutek, bo komuś z bliskich osób się udało. Totalnie nie. Zaczynałam płakać i wręcz… Jakby były nas dwie i ta druga wcale mnie nie wspierała, a wręcz przeciwnie: „Nie myśl tak”, „To, co myślisz, jest złe”, „Przecież ty jesteś dobrym człowiekiem, więc dlaczego tak myślisz?”. Ocenianie siebie, tworzenie jakiegoś złego narratora. A może gdybym sobie pozwoliła na to, co myślę, pozwalałoby to popłynąć tym myślom dalej, a nie się im przyczepiać, i jeszcze rozkminiałam je w swojej głowie. Więc bez oceny pozwoliłabym sobie na te uczucia, na smutek, złość, żal. I tyle.   Druga rada na początku starań   A.: A druga rada dla mnie na początku starań – może przeczytam to, co napisałam: „Jest obok Ciebie On, którego być może długo będziesz nie zauważać”. Celowo sformułowałam to w takiej formie, bo ja bym nie posłuchała tej siebie, tej przyszłej staraczki, mądrzejszej już o jakieś doświadczenia i dlatego „być może długo nie będziesz zauważać”, bo ja mojego męża wcale nie zauważałam podczas starań. Długo. Chciałabym wiedzieć, że to jest, żeby ktoś mi to nazwał, że go nie zauważam.   A ty, Zosiu, co napisałaś pod naszą rolką?   Rada Zosi   Z.: To ja też przeczytam, bo pewnie nie odniosę tego słowo w słowo tak, jak napisałam: „Nie odkładaj zadbania o relacje z bliskimi osobami na bliżej nieokreślone »potem«. Życie na »długu tlenowym« może potrwać chwilę, ale też dłużej, niż sądziłaś, że kiedykolwiek będziesz w stanie unieść”.    Ja mam taką relację, o którą mam teraz poczucie, że mogłam bardziej zadbać, a odkładałam to na bliżej nieokreślone „potem”. I okazało się, że na tym świecie nie ma już tej osoby, z którą chciałabym zadbać o tę relację i z którą chciałabym zrobić pewne rzeczy, o których myślałam, że zrobię później i zaopiekuję się nią bardziej, a nie mam jak. I mogę się nią opiekować tylko w swoich wyobrażeniach. Strasznie się za to panczuję i mam wielki żal o to. Może też trochę za bardzo go rozgrzebuję, bo mamy taką tendencję do zwiększania rzeczy, które mogliśmy zrobić. Ale mam takie poczucie, że trochę zawaliłam na tym gruncie i też ciągle to odkładałam na zasadzie: muszę się teraz zająć swoimi problemami, a nie tym kimś. A teraz go nie ma i smutno mi.   Nie odkładaj tego na później…   A.: I ja mam przejść po takim… Z.: Nie chcę, żebyśmy teraz tutaj we dwie ryczały, ale tak sobie myślę, że jeśli jest taki drugi ktoś, taka Zosia… Wiesz, ja nie zakładałam, że tej osoby zaraz nie będzie, bo to jest najgorszy z możliwych scenariuszy, a tego człowieka nie ma.    Mam nadzieję, że w życiach wielu z was to nie będzie tak tragiczne jak u mnie, że będziecie mogły sobie tylko płakać i się modlić, że kiedyś się tam spotkacie. Ale to chcę powiedzieć, żebyście tego nie odkładali – po prostu. Może się okazać, że jak ta niepłodność się skończy, to będziecie mieli do kogo się przytulić i z kim pogadać i w końcu poczuć, że możecie zrobić to, co obiecywaliście sobie w myślach, że dla niego zrobicie. Bo też nie zakładam, że wszędzie będzie tak tragicznie, jak u mnie. Ale jakby się okazało, że – kurczę – jednak go zabraknie, to bym nie chciała, żeby wam było tak bardzo źle. I żebyście mieli do siebie wyrzuty, bo też tak, jak mówię – mamy tendencję do tego, żeby je wyolbrzymiać. A bardzo tego żałuję.    Może gdyby mi ten Zosin kiedyś powiedział, że warto nie odkładać takich rzeczy, bo nie wszystko możesz odłożyć na później… Czasami po prostu nie możesz czegoś odkładać w nieskończoność, bo wszystko ma swój koniec.    Na pewno nie chciałabym w to uwierzyć i powiedziałabym, że to jest niemożliwe. Ale może bym coś więcej jednak zrobiła i nie miała wrzutów sumienia, że – kurczę – widzisz, miałaś mniej czasu, dziewczynko, niż założyłaś, że możesz mieć, żeby poczuć, że zrobiłaś wszystko. To taka moja rada.    Wasze rady na początek starań   Z.: Kurczę, zaczęłyśmy mocnym tąpnięciem, bo wcale nie chciałam, żeby któraś z nas się tutaj poryczała. Ale z drugiej strony widać, że takie rady, które możemy sobie dać, mogą bardziej zarezonować niż mniej. A.: Dziękujemy, Zosiu, że się podzieliłaś tym z nami – taką prawdą z serca.    Przejdziemy też do dziewczyn, które dają sobie pewne wskazówki. To jest takie położenie ręki na ramieniu i powiedzenie: „Jestem tu”. Ułożymy to w jakiejś chronologii. Jedna z Was napisała: „Pamiętaj, że masz więcej marzeń. Możesz realizować je TERAZ, a nie dopiero gdy zostaniesz RODZICEM”. „Jedyne, co możesz porzucić, to strach – nigdy wiary…”. Z.: „Żadne wyniki nie są tak złe, aby odebrać nadzieję, bo cuda się zdarzają”. „Przyjmij, że cały proces starań to tak naprawdę ukochanie siebie: dbanie o dietę, o ruch, o równowagę psychiczną to dbanie o siebie. W całości. Bywa niełatwe, nie gwarantuję tego, że spełni marzenia o dziecku. Ale to Ty w tym wszystkim jesteś ważny/ważna. Ty, Twoje zdrowie, Twoje samopoczuc
Macierzyństwo po staraniach – jak może wyglądać? Udało się. Jesteś w miejscu, o którym marzyłaś. Dlaczego więc jesteś przerażona? Skąd w tobie to rozczarowanie? Czy masz prawo narzekać? Dlaczego czujesz się fatalnie? Nie rozumiesz samej siebie, przecież w twoim życiu miały już dominować tylko pastelowe kolory. Obiecywałaś sobie, że przetrwasz wszystko, a tu pojawiają się kolejne trudności i jest inaczej, niż zakładałaś. Nie jesteś z tym sama. Macierzyństwo po staraniach może być pełne wyzwań, do czego często boimy się przyznać same przed sobą. Ten podcast to jeden z trudniejszych, jakie przyszło nam nagrać. Chcemy, aby cię przytulił, abyś znalazła tu ukojenie. Posłuchaj i daj znać, czy tak się stało. Plan odcinka Dla kogo jest ten podcast? Dwie kreski na teście? Przerażenie zamiast radości Macierzyństwo po staraniach: wyobrażenia vs rzeczywistość Związek po staraniach Obietnice, jakie sobie składamy, jeśli tylko się uda… Miało być już przecież idealnie, a znów jest ciężko To wystarane dziecko, więc nie mogę narzekać   Transkrypcja podcastu Akademii Płodności Ania: Cześć, tu Ania i Zosia. Zosia: Wspólnie towarzyszymy wam… A.: Tworzymy. Z.: Wspólnie? A.: Tworzymy Akademię Płodności. Z.: Powiedz mi całe, co ja mam powiedzieć. Wspólnie tworzymy Akademię… A.: Miejsce… A. i Z.: …w którym towarzyszymy wam podczas starań. Z.: Za długa przerwa od podcastów. A.: Zosia, nagrałaś 100 podcastów i zapomniałaś. Z.: Ups! Muszę łyczka kawki chyba przygrzdędolić na mój mózg. A.: Jeszcze raz. Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności – miejsce, w którym towarzyszymy wam podczas starań. Z.: To był chwilowy lack w moim mózgu. Bo już jestem troszkę myślami w temacie i tak zesmętniałam. Wybacz więc, że się nie skupiłam na pozytywnym nagraniu wstępiku. Dla kogo jest ten podcast? Z.: Dzisiaj mamy trudny temat do omówienia. Krąży nam on po głowach od dłuższego czasu, tylko nie wiedziałyśmy, jak się do niego zabrać, jak go ugryźć. Ale tworzymy tę Akademię już naprawdę wiele lat i widzimy z powtarzających się wiadomości, które wpadają na naszą skrzynkę, że ten temat, który będziemy dzisiaj omawiać, czyli spojrzymy sobie tak szeroko na macierzyństwo po staraniach, dziwi, czasami rozczarowuje. Jest inny niż sobie wyobrażałyście w życiach wielu z was. W sumie fajnie by było pokazać wam tym podcastem, może tak trochę zaszczepić wam w głowach taką myśl, że nie zawsze jest tak, jak sobie to wcześniej wyobrażałyśmy w naszych myślach, marzeniach. I że warto być przygotowanym na różne scenariusze. A.: Tak. Zastanawiałyśmy się też, kto może być odbiorcą naszego podcastu. Wierzymy, że to, co w nim padnie, może nie być odpowiednią treścią na obecnym etapie starań wielu z was, na obecnym etapie postrzegania niepłodności, odczuwania jej. Może to być po prostu trudne i nie do przyjęcia. Dlatego na wstępie chciałybyśmy zaznaczyć, że wydaje nam się, że to nie jest podcast skierowany do wszystkich. Ale jeżeli czujecie się na siłach na wysłuchanie go, to będziemy przytaczać wiele wiadomości z życia staraczek. To nie będą jakieś wymyślone historie, tylko takie, które dzieją się później. Więc niech każda z was też sobie oceni, czy ten podcast jest dla niej – już na samym początku. Oceń sama, czy to podcast dla ciebie Z.: Dobra, to ja dorzucę coś od siebie w takim razie. Ja jednak zachęcam was, żeby go przesłuchać. Nawet jeśli na jego końcu stwierdzicie, że ten odbiór jest trudny albo nie taki, jak się spodziewałyście. Wydaje mi się, że to macierzyństwo po staraniach dokładnie takie może być. Czyli nie takie, jak się spodziewałyście. I jeśli nawet teraz w waszym życiu to trafi na taki grunt, w którym nie zechcecie zasadzić tego ziarenka, które my dzisiaj wam rzucamy, to jest to okej. Ale może kiedyś – czego wam bardzo życzymy – jak się uda wam znaleźć po tej drugiej stronie niepłodności i kiedy będziecie tulić już w ramionach swoje wyczekane dzieciaczki, to przypomnijcie sobie jakąś sentencję z tego, co padnie tutaj dzisiaj. Może stwierdzicie, że „O kurczę, ja jednak mogę to odbić lustrem też w swoim życiu, a się tego nie spodziewałam”. Po prostu dajcie sobie poczuć to, co macie poczuć. I tyle. Jeśli was to wkurzy, to też może was wkurzyć, bo może założycie, że u was życie nie będzie tak wyglądało. I życzę wam tego, żeby tego nigdy nic nie zweryfikowało. Ale wiedzcie, że dużo historii dziewczyn, które będziemy dzisiaj opowiadać, też się nie zapowiadało tak, jak w efekcie wyglądało. Warto sobie dać pole na takie bycie dla siebie mniej surowym. Zobaczymy, jak nam się uda podsumować ten podcast. Ale takie jest moje przesłanie. Gdy macierzyństwo po staraniach jest inne, niż oczekiwałyśmy… Z.: Będziemy sobie mówić o macierzyństwie po staraniach. Przytoczymy dzisiaj historie dziewczyn, które są już po tej drugiej stronie. Mówią one językiem osób, których niepłodność dotyczyła, odcisnęła często w ich życiu ogromne piętno i – jak same o tym mówią – nie mija, bo to zostaje w głowie. Jednak wyobrażenia o tym, jak wygląda życie… A.: …po. Z.: Tak, po wygranej, jest inne niż oczekiwały, niż sobie wyobrażały, niż były pewne, że jest. A.: I oczywiście wierzymy, że nie możemy tego odnieść do wszystkich osób. Pamiętajcie, że to nie jest tak, że my coś przytoczymy i zawsze to tak wygląda. Ale się często zdarza i często piszecie do nas wiadomości poruszające ten temat. Dwie kreski na teście? Przerażenie zamiast radości A.: Zaczniemy sobie od samego początku. Od momentu, w którym test pokazuje dwie kreski, a wy wcale nie czujecie radości. Z.: Wręcz przerażenie i większe przytłoczenie. Tyle razy wyobrażałyście sobie ten moment i zawsze to była pełnia szczęścia. A kiedy naprawdę się to dzieje, to szczęście nie dominuje. A.: Powiedziałabym, że kiedy nadchodzi ten etap, spotykają się w was różne emocje. Od bezgranicznego szczęścia i radości, i euforii po strach, smutek nawet, co może być niezrozumiałe. Bo przecież jeżeli ktoś o coś walczy wiele lat i nagle się udaje, nie odczuwa z tego powodu radości z wielu przyczyn. Raz, że nie dopuszcza tego, że to się dzieje naprawdę. Ta niepłodność tak mocno weszła w głąb umysłu danej staraczki, że ciężko jej odczuwać radość. To był taki mrok, że nie da się wyjść z niego z dnia na dzień. Bo jednego dnia test nie pokazuje dwóch kresek czy beta wskazuje zero, a za jakiś czas (może być to dzień po dniu) test jest pozytywny i beta pokazuje, że chyba się udało. I mając taką szybką zmianę, ciężko wam się niekiedy odnaleźć. Z.: Zaadaptować do nowych warunków. Trochę tak. A z drugiej strony przeczytałam niedawno takie piękne zdanie i ono tutaj idealnie rezonuje, że jako ludzie jesteśmy w stanie w sobie pomieścić o wiele więcej niż jedną emocję. I to, że w tym momencie maksymalnie się cieszymy tak, że wręcz przerasta nas to szczęście, nie wyklucza tego, że możemy się też bać do szpiku kości. Albo że możemy przeżywać jakiś smutek za straconym życiem. Lub być przerażeni, w jaki moment w życiu to trafia. Robisz sobie szybki przegląd, jakie podróże masz zarezerwowane, jak to wygląda teraz z twoją pracą, jakie masz plany na najbliższą przyszłość, gdzie to wpada po prostu. Ciąża po stracie A.: Zmienia się ukierunkowanie myśli. Z.: No tak. Teraz co innego zaczyna dominować w życiu. Plus od razu myślę o tych wiadomościach, których są setki, jak dziewczyny piszą o ciąży po stracie. Kiedy już były w tym miejscu wcześniej, widziały już dodatni test i pozytywną betę, to ciężko im się cieszyć, że widzą to kolejny raz, bo są przerażone, że za chwilę się to skończy. To bezgraniczne szczęście, bo znowu jestem w punkcie, w którym może się okazać, że może to będzie ta wygrana historia. Miesza się to z ogromną troską o to, że jutro może już się obudzimy w innej rzeczywistości. A.: Historia, której doświadczacie, często determinuje to, jak odczuwacie ten stan po dwóch kreskach. Czasami niektóre z was nie dopuszczają tej myśli, że to się dzieje naprawdę, do momentu porodu. I mamy też wiele historii staraczek, które odzywają się dopiero gdy ich wymarzone dziecko pojawi się na świecie, bo nie wierzą, że nawet… Jakby poród, który przebiega prawidłowo, bez komplikacji będzie tym momentem, kiedy one będą mogły powiedzieć: udało się. Z.: Tak. I piszą np. że „Dziewczyny, odzywam się teraz, bo bałam się wcześniej”. Bałam się cieszyć samej sobie. Pozwalałam sobie cieszyć się tym w głowie. Tak też może wyglądać macierzyństwo po staraniach. Chcemy was na to wyczulić, że może tak być, że więcej będzie strachu w oczekiwaniu na to wymarzone dzieciątko niż szczęścia. Tak czasami ta niepłodność nas programuje, co jest bardzo niefajne. Natomiast może to tak wyglądać i fajnie też sobie na to pozwolić. A.: I wiedzieć, że też tak jest. Bo wiele z was też ma do siebie pretensje, że nie czuje się wystarczająco szczęśliwa w momencie, w którym się udaje. Macierzyństwo po staraniach: wyobrażenia vs rzeczywistość A.: Jakkolwiek to brzmi, to pamiętajmy, że kierujemy ten podcast do tego grona osób, które tego doświadczają i które tego nie rozumieją. Z.: Tak, bo dla nich to też jest ogromne zaskoczenie. Przecież zupełnie inaczej sobie wyobrażałam ten moment. W moich wyobrażeniach w momencie, w którym robię test ciąży czy nawet już dochodzę chwilę dalej, to miało być tylko szczęśliwie. Jakby wszystkie moje problemy miały się wtedy skończyć. Ja wtedy miałam mieć wreszcie siłę i energię na to, co teraz przekuwam na czas starań i poświęcam, żeby się udało. Na te wszystkie odłożone na później marzenia, plany i swoje wyobrażenia odnośnie do przyszłości. To tak jest, że bardzo dużo rzeczy też sobie obiecujemy. Często tak jest. Teraz tak bardzo dużo czasu w naszym życiu zajmuje niepłodność i tak w nim dominuje, że jak w końcu się uda, to nagle ten czas, który teraz poświęcamy na starania, ta pula neuronów w mózgu, wszystko, co przejmuje każde pole w twoim życiu, nagle się tak bardzo zwolni, że będziesz miała czas na to, o czym dziewczyny piszą. Nagle, jak się spełni to marzenie, będą miały siłę skończyć studia, znaleźć jakąś nową pracę czy zacząć robić jakieś kursy, które odkładały,
Co test HBA wnosi do diagnostyki? Czy warto powtórzyć biopsję jąder? Jak wygląda badanie żylaków powrózka nasiennego? Czy są jakieś modyfikowalne czynniki powodujące azoospermię? Zapraszamy do wysłuchania drugiej części rozmowy z dr. Łukaszem Kupisem – andrologiem, urologiem, specjalistą w leczeniu niepłodności męskiej (drkupis.pl). Posłuchaj, co się dzieje w gabinecie u androloga. Plan odcinka Kiedy dieta ma sens? Test HBA – co wnosi do diagnostyki? Starania u mężczyzn po 40. roku życia Czego mężczyźni powinni unikać? Żylaki powrózka nasiennego Biopsja jąder  Azoospermia – czy da się coś zmienić? W gabinecie u androloga Transkrypcja podcastu Akademii Płodności Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko. Zosia: Dzień dobry, dzień dobry. Słyszymy się ponownie z panem doktorem. Nagrywamy to ciągiem, ale robimy dla was ten wstęp, bo odpowiedzi na wasze pytania, żeby były wyczerpujące, zajęły nam więcej czasu. I żeby nie męczyć was długim materiałem, spotykamy się tu kolejny raz. Jest z nami pan dr Łukasz Kupis, który powie do was teraz kilka słów. Ale zapraszamy od razu też do pierwszego nagrania, bo tam jest pierwsza część odpowiedzi na wasze pytania. Panie doktorze, poprosimy kilka słów o panu. Dr Łukasz Kupis: Dzień dobry, Łukasz Kupis. Jestem urologiem i andrologiem – tak samo jak w pierwszej części, nic się nie zmieniło. I staram się wspierać swoich pacjentów, mężczyzn i ich partnerki w rozumieniu i poprawianiu męskiej płodności. Mądrze, dobrze, a przede wszystkim przy współpracy i ich aktywnemu działaniu w podejmowaniu decyzji i nie tylko. Zosia: A teraz w tym podcaście będę odpowiadał na resztę pytań, w których zamierza przemaglować Akademia Płodności. Dr Łukasz Kupis: A teraz w tym podcaście będziemy odpowiadać na jeszcze trudniejsze pytania, jeszcze dłużej i mam nadzieję, że prościej. Tak, żeby wszyscy mogli z tego zaczerpnąć trochę wiedzy i pomysłów dla siebie, czego serdecznie wam życzę. Zosia: Zapraszamy do odsłuchiwania kolejnych pytań. Kiedy dieta ma sens? Zosia: Ja mam bardzo ważne pytanie: w jakich przypadkach dieta ma sens? Dr Łukasz Kupis: W każdym. Następne pytanie. (śmiech)  Zosia: Dziękuję bardzo. Jestem ukontentowana. Dr Łukasz Kupis: W każdym! Można to pytanie zadać trochę inaczej: o ile poprawią się moje szanse na zostanie ojcem, jeżeli wprowadzę prawidłową dietę? Zosia: O, ja też chcę to wiedzieć, doktorze. Bardzo proszę odpowiedzieć. Dr Łukasz Kupis: Dobrze. To ja zawsze zadaję pytanie: a od ilu procent panu się to już nie opłaca? „Ale no wie pan, panie doktorze, to różnie mówią”. Tylko po pierwsze będzie się pan i tak lepiej czuł. Odżywia się pan źle lub fatalnie. Albo tak sobie. Może pan zmienić dużo albo chociaż trochę, zależnie od tego, co tam się u pana dzieje. Ale chyba w sposób oczywisty nie zrobi pan sobie tym krzywdy. Będzie się pan czuł lepiej.  Jeżeli jest szansa, że to poprawi pana płodność o trzy procent, o pięć procent, o 10 procent – w ogóle jak to policzyć? A z ilu pan startuje? Ile panu potrzeba? Bo dla jednego radykalna zmiana może nie zmienić nic poza tym, że się będzie lepiej czuł i schudnie 5 kg, 10 kg, 20 kg w jakimś odstępie czasu. I w ogóle będzie dłużej żył, co też jest dużym argumentem. Bo to można różnie ugrać. Co można zyskać dzięki diecie? Dr Łukasz Kupis: Zawsze mówię: wie pan, dzieci to jest jedno, ale pan by chciał jeszcze długo żyć, żeby patrzeć, jak one panu tam rozrabiają przez ileś lat. A jeśli pan w wieku lat 30 waży 140 kg, to pan do 50. będzie wyglądał zdrowotnie słabo. „No ma pan rację”. No tak! Ale to jest takie samo spojrzenie na ten temat. Nawet jeśli się okaże, że ta zmiana będzie radykalna, ale nie spowoduje, że dzieci się pojawią w sposób naturalny. Ale będzie można z kolei rozważyć in vitro. Może się to nasienie na tyle poprawi, że jednak ta szansa wzrośnie. Wydaje mi się, że naprawdę nie ma takiej sytuacji, w której można by z tego zrezygnować. To pytanie u mnie jest na topie, jeśli chodzi o zbieranie wywiadu z pacjentem: jak pan funkcjonuje na co dzień? To jest takie same pytanie jak o aktywność fizyczną, dietę, używki itd. Bo zaraz pada: a mój sąsiad to się fatalnie odżywia i dzieci zrobił. Ale to jest pański sąsiad, a dzisiaj jest pan u mnie i dzisiaj to o panu rozmawiamy. I w pana wypadku naprawdę warto. To bezpieczny, prosty, szeroko prozdrowotny ruch, który wiemy w sposób jednoznaczny z badań naukowych, jeżeli ktoś takiej wiedzy oczekuje, że ma pozytywny wpływ na zostawanie ojcem. To jest to, o czym mówiliśmy wcześniej: nie tylko cyferki w badaniu nasienia. „Jem więcej brokułów, ale moja morfologia się nie poprawiła”. Ale pan nie chce mieć lepszej morfologii, więcej plemników, tylko ostatecznie chce mieć pan większe szanse, aby zostać ojcem. A tutaj literatura fachowa jest niezaprzeczalnie duża i jednoznaczna. Więc: zawsze. Zosia: Bardzo dziękuję, piękna odpowiedź. Jestem ukontentowana. Test HBA – co wnosi do diagnostyki? Ania: Pytanie odnośnie do testu HBA, który wychodzi źle. Poprosimy więcej na temat tego testu – co on wnosi do diagnostyki? Czy możemy go poprawić? Dr Łukasz Kupis: Test wiązania z hialuronianem, czyli Hyaluronan Binding Assay, w skrócie HBA jest testem, który cieszy się zmienną popularnością, jeśli chodzi o zlecanie. Ja swoją opinię na jego temat budowałem trochę z literatury, ale również rozmawiałem wielokrotnie z embriologiami. To są ci specjaliści zajmujący się płodnością, którzy są najbliżej jakości nasienia, mówiąc krótko – plemników, czyli komórek rozrodczych.  Ja do tej pory nie znalazłem żadnego dobrego argumentu, który by ten test stawiał gdzieś na szczycie listy diagnostycznej. Trudno powiedzieć tak naprawdę, jak jego wynik przekłada się na płodność. To to ze mną w gabinecie u androloga ci mężczyźni rozmawiają o dzieciach, o tym, co zrobić, żeby one jednak się pojawiły. W mojej ocenie w takim klinicznym, praktycznym ujęciu, niespecjalnie test HBA ma swoje miejsce. Dlaczego? Dlatego że nie powstało tak naprawdę dobrej jakości badanie naukowe, które by pokazywało, że jeżeli ten test wychodzi źle, to szansa na ciążę, na dzieci, zaczyna spadać.  Czy to ma sens? Dr Łukasz Kupis: Oczywiście może być on bardzo różnie interpretowany. Być może teraz wywołam jakąś większą burzę. Na pewno jest to tekst, który warto być może wykonać jako pomniejsze narzędzie w rozmowie z pacjentem. Wiem z licznych rozmów, które przeprowadzałem i cały czas prowadzę z embriologami, że dla nich taki wynik testu może być jednym z argumentów w rozmowie na temat już konstruowania procedury in vitro i tego, jak ona ma przebiegać. Takie dosyć szczegółowe wykorzystanie czy niuans. Ale w takim ujęciu praktycznym, kiedy mężczyzna siedzi w gabinecie u androloga i rozmawia o swoich planach, siła tego wyniku jest tak naprawdę bardzo niewielka. Na pewno można się spotkać z interpretacją bardzo różną. Moja jest taka.  Zresztą były badania, one się pojawiają w miarę regularnie, które szukały tego miejsca, gdzie można by ten test wykorzystać. Całkiem niedawno też pojawiło się takie badanie, które szukało takiego miejsca dla HBA przy podejmowaniu decyzji o inseminacji. Czy warto takie badanie wykonać przed inseminacją, czy ono wpłynie na decyzję podejmowaną na jej temat? Ukazało się to w takim dość dużym, poczytnym czasopiśmie medycznym i okazuje się, że absolutnie nie – ten wynik kompletnie niestety… To znaczy – niestety. Niestety nie zmienia, bo szukamy testów, które mogą nam poprawiać podejmowane przez nas decyzje – przeze mnie jako androloga, przez pacjentów, bo oni tę wiedzę dostają. Tak że ja osobiście testu HBA nie zlecam. On też ma swój koszt, a ja nie widzę przydatności jego wykorzystania w takim codziennym ujęciu w pracy z pacjentami. Zosia: Dziękujemy bardzo za odpowiedź. Dr Łukasz Kupis: Dziękuję. Starania u mężczyzn po 40. roku życia Zosia: Panie doktorze, a czy mogą wynikać jakieś konsekwencje z prób starania się o dziecko w momencie, w którym mężczyzna ma więcej niż 40–45 lat? Dr Łukasz Kupis: Wiek zawsze bierzemy pod uwagę. Tutaj natura dla mężczyzn – patrząc wyłącznie na statystyki oczywiście – jest trochę bardziej łaskawa. Jak patrzymy sobie w statystyki, to dopiero gdzieś tam po 45–50. roku życia widzimy spadek płodności. To jest spadek w takim szerszym ujęciu. Nie tylko widzimy, że starania o potomstwo mogą być dłuższe potencjalnie u mężczyzn po powiedzmy 45. roku życiu, czyli skuteczność, ale również jakość też ma tutaj prawo zagrać rolę. Okazuje się, że tak jak u kobiety po 35. roku życia, tak i u mężczyzn po 45–50. roku życia może częściej dochodzić do nieprawidłowości w rozwoju ciąży. Tak że ten wiek warto wziąć pod uwagę. Pamiętajmy, że badanie nasienia nie odpowiada na wszystkie pytania. Dobre, prawidłowe badanie nie gwarantuje, że będą z tego dzieci, mówiąc już wprost. Ale też nie gwarantują prawidłowego rozwoju ciąży. Nie wiemy stuprocentowo wszystkiego, nie widzimy wszystkiego w tym czy innym badaniu, patrząc na plemniki pod mikroskopem. Ale to jest tak samo jak rozmowa z kobietami, które chcą zachodzić w ciążę po, powiedzmy, tym magicznym 35. roku życia. Też jest ona trochę inaczej prowadzona. Wiemy, że takie ciąże też są chyba jednak trochę bardziej pilnowane. Tych badań jest być może zlecanych trochę więcej, łącznie z tymi testami, które są zalecane, już genetycznymi. Ten wiek mężczyzny, który jest ojcem czy planuje nim być, też na pewno warto wziąć pod uwagę. Czego mężczyźni powinni unikać? Ania: A czy są jakieś zachowania, których powinni unikać mężczyźni podczas starań i które być może wydają się im prozdrowotne, jak np. sauna i długotrwałe stosowanie ciepłych kąpieli? Dr Łukasz Kupis: Pomysły, które spełniałyby te kryteria, przychodzą mi dwa. To właśnie słynne przegrzewanie, czy to w ramach długich, gorących pryszniców, czy przesiadywania w saunie. To ostatnie jest szczególnie uznane za prozdrowotne – tutaj absolutnie nie jest dobrym pomysłem. Wiemy, że temperatura długa i dość wysoka dla jąder nie jest sprzyjającym środowiskiem. Jądra u mężcz
Odbierasz wynik badania nasienia i widzisz, że dominuje w nim kolor czerwony, czyli większość parametrów nie spełnia określonych norm. Co teraz? Czy to przekreśla szanse na zostanie tatą? I co z tą liczbą plemników – czy ona faktycznie ma tak istotne znaczenie? Jak zatem poprawić jakość i ilość nasienia? Tym razem dr Łukasz Kupis – androlog, urolog, specjalista w leczeniu niepłodności męskiej (drkupis.pl) – odpowiada na pytania, które najbardziej was nurtują. W tym odcinku jest też mowa o niskim poziomie testosteronu, najczęstszych przyczynach niepłodności męskiej, a także o tym, czy nadmiar aktywności może zaszkodzić. Posłuchaj, jak omawia się tego typu zagadnienia w gabinecie u androloga. Plan odcinka Jak poprawić jakość i ilość nasienia? Najczęstsze przyczyny niepłodności męskiej Morfologia plemników Czy niesteroidowe leki przeciwzapalne (NLPZ) wpływają na parametry nasienia? Czy po przeziębieniu trzeba poczekać ze staraniami? Sukces pomimo beznadziejnej sytuacji Nadmiar aktywności a jakość nasienia Niedobór testosteronu Trzymanie nóg w górze po stosunku – czy to ma sens? Czy lubrykanty mogą negatywnie wpływać na nasienie?     Transkrypcja podcastu Akademii Płodności   Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko.   Ania: Dzień dobry w kolejnym podcaście. Zosia: Dzień dobry, dzień dobry. Dzisiaj w naszym podcaście mamy wspaniałego gościa, którym jest… Dr Łukasz Kupis: Dzień dobry. Zosia: …pan dr Łukasz Kupis. To jest ten moment, w którym, doktorze, przekażemy ci mikrofon, żebyś mógł powiedzieć słuchaczom kilka słów o sobie. Kim jesteś i czym się zajmujesz? Dr Łukasz Kupis: Witam serdecznie, Łukasz Kupis. Jestem urologiem, a ostatnio to już głównie, częściej i też nie ukrywam, że chętniej – andrologiem. A z zamiłowania również mikrochirurgiem. To dwie rzeczy, które ze sobą się łączą przynajmniej w moim przypadku w sposób nierozerwalny. I chyba tak naprawdę tyle z kwestii bardziej formalnych. Ania: A z kwestii nieformalnych możemy wam zdradzić, że nagrałyśmy już z doktorem podcast, który wam tutaj podlinkujemy. Bardzo wam się on podobał, dlatego bardzo się cieszymy, że możemy gościć doktora ponownie. Będziemy mówić o wielu różnych ciekawych rzeczach, m.in. o powtarzających się pytaniach, które zostawiłyśmy w naszej społeczności w okienku Q&A. Zosia: Które nasza społeczność zostawiła – wy zadaliście pytania. Ania: A, tak. Zosia: My zostawiłyśmy wam okienko, a wy zostawiliście nam pytania i teraz przekażemy je panu doktorowi. Prosimy o odpowiedzi na nie. Ania: Zaczynamy? Zosia: Zaczynajmy. Czy pan doktor jest gotowy na tę serię pytań? Dr Łukasz Kupis: No mam nadzieję. Aczkolwiek dołożymy wszelkich starań – może wspólnymi siłami uda się znaleźć odpowiedzi na pytania, które są nie tyle, co trudne, ale często podchwytliwe. Ale dobrze. Jak poprawić jakość i ilość nasienia? Ania: Pierwsze pytanie: jak poprawić jakość i ilość nasienia? Dr Łukasz Kupis: Pytanie jest bardzo ogólne oczywiście. Zawsze zaczyna się od szerokiej rozmowy. Zawsze zapraszam pacjentów, mężczyzn, którzy chcą o swojej płodności porozmawiać, do rozmowy, zatrzymania się na chwilę, przyjrzenia się temu, jak oni i ich organizm funkcjonują na co dzień.   W ostatnich latach bardzo dużo się mówi o tym, jak ta męska płodność z roku na rok jest coraz słabsza i leci na łeb, na szyję. W tym do pewnego stopnia jest trochę prawdy. Warto na to spojrzeć przede wszystkim z punktu widzenia stylu życia, który ostatnio jest taką zdobywającą niestety coraz większy udział przyczyną męskiej niepłodności, pogarszania się męskiej płodności. Bo chorób, które od dawna wiedzieliśmy, że mogą negatywnie wpływać na męską płodność, jak nowotwory, chemioterapia, żylaki powrózka nasiennego, jest tak samo dużo, jak było. Te przyczyny swój udział mają niezmiennie duży. Ale to, co rośnie, i na co zapominamy zwrócić uwagę, to styl życia. O nim się niby dużo mówi, ale cały czas wielokrotnie z pacjentami trzeba temat omówić. Styl życia ma znaczenie Dr Łukasz Kupis: Zawsze z pacjentami siadam i rozmawiamy szeroko o różnych rzeczach. Znakomita większość mężczyzn, jak się z nimi usiądzie, okazuje się, że ma w sobie więcej niż jedną potencjalną przyczynę, z której powodu ta płodność jest słabsza, niższa. Oczywiście widzimy to z jednej strony w postaci badania nasienia, które jest podstawowym narzędziem w ocenie męskiej płodności. Ale przede wszystkim patrzymy na skuteczność, na szansę, aby doczekać się potomstwa, już mniej patrząc tylko na same cyfry, które są ujęte w tabeli zawartej w badaniu nasienia. W związku z czym to nie jest tylko kwestia tego, że chcemy patrzeć na mężczyznę dzisiaj trochę szerzej, ale również wypada. Są to sytuacje i konfiguracje bardziej złożone, niż nam się wydaje.   Tak że zawsze patrzymy indywidualnie, szeroko. Co się da, mówiąc krótko, punktujemy na samym początku i zaczynamy z tym – na tyle, na ile jest to możliwe – pracować. Zawsze warto przede wszystkim wiedzieć, na czym stoimy. Wiedzieć, czy mamy coś, co możemy zmienić, a co wpływa na męską płodność. A jeśli tak, to chyba warto. Najczęstsze przyczyny niepłodności męskiej Ania: Czy możemy poznać trzy najczęściej spotykane przyczyny niepłodności męskiej, z którymi pan doktor się spotyka? Albo nawet nie trzy, bo jeżeli są cztery, to chcemy je znać. Dr Łukasz Kupis: Ta niechlubna, najczęstsza to tzw. niepłodność idiopatyczna, której nikt z nas nie lubi, nikt z nas nie chce jej tak naprawdę usłyszeć. To jest ta, której podłoża po prostu nie rozumiemy. Być może jeszcze, być może potrzeba lat rozwoju medycyny, żeby się gdzieś tam o tej płodności dowiedzieć więcej. Ale tej nie lubimy wymieniać, nie chcemy tego robić, bo na tę wiemy, że nie mamy wpływu. To jest taki moment bezradności.   Dużo chętniej mówimy o tym, co możemy zmienić. Zdecydowanie najczęstszą, modyfikowalną przyczyną męskiej niepłodności są żylaki powrózka nasiennego. To jest choroba, której historia sięga już przeszło dwa tysiące lat, ale dopiero od kilkudziesięciu udowodniliśmy, że operacja u mężczyzn z obniżoną płodnością ma zdecydowany sens. Morfologia plemników Ania: Do żylaków powrózka jeszcze wrócimy. Pytanie jeszcze od naszych obserwatorek. Często się ono pojawia i dotyczy tego, czy możemy mówić przy nieprawidłowej morfologii o obniżonej płodności. Chciałybyśmy wejść głębiej w ten wskaźnik. Czy osoby, które będą słuchać tego podcastu, mają się obawiać, jeżeli widzą tam zero świecące na czerwono, czy mogą coś z tym zrobić, czy warto takie badanie powtórzyć? A jeżeli tak, to po jakim czasie? Dr Łukasz Kupis: Trochę liczyłem, że pojawi się morfologia, bo to jest najgorętszy temat. W sposób oczywisty żaden inny parametr odbiorców tych wyników nie budzi tak dużo emocji jak informacja, że tylko dwa procent pańskich plemników jest prawidłowa, a reszta jest fatalna. Absolutnie to rozumiem, aczkolwiek moją rolą jest przede wszystkim to, aby te emocje – w tym wypadku najczęściej niepotrzebne – trochę hamować, poukładać i wyjaśnić.   Morfologia – parametr mówiący o tym, czy plemnik wygląda prawidłowo, czy nie, czy prawidłowo jest zbudowany, czy zawiera wszystkie elementy i czy wyglądają one tak, jak powinny – niestety dość często jest parametrem, który pokazuje się na czerwono. Norma narzucona w ostatnich wytycznych WHO to poziom czterech procent, czyli niespecjalnie wysoki. I to już samo w sobie powinno dawać do myślenia, że w opinii Światowej Organizacji Zdrowia raptem co 25 plemnik musi być prawidłowy, żeby badanie uznać za prawidłowe. Niezbyt wyśrubowane normy, niezbyt wygórowany poziom, który trzeba osiągnąć – upraszczając. W dużej kontrze do tego jest chociażby cykl produkcyjny komórek rozrodczych u kobiet, gdzie jedna komórka jajowa raz w miesiącu to ta doskonała. Tutaj, u mężczyzny, bardzo sprowadzając to do parteru, jest bardzo hurtowa produkcja, ale jakże z założenia obarczona niedoskonałością. Każda pozytywna zmiana ma znaczenie Dr Łukasz Kupis: Szczęśliwie ten parametr nie wymaga aż tak dużo emocji od jego odbiorcy. Oczywiście jest parametrem, który powinien być prawidłowy. Aczkolwiek ja go przynajmniej interpretuję i zachęcam do takiej interpretacji nieco mniej zero-jedynkowej czy radykalnej, jak pozostałe parametry czy chociażby liczba plemników, koncentracja, ruchliwość tych komórek rozrodczych.   Jest to parametr, który zdecydowanie wydaje się mieć najmniejszą siłę w prognozowaniu sukcesu w zostawaniu ojcem. Tak samo jak wszystkie inne parametry, które będą się świeciły potencjalnie na czerwono, dla mnie zawsze jest to motywatorem do tego, żeby zatrzymać się na chwilę, zrobić diagnostykę, spojrzeć, jak się funkcjonuje, czy można coś zmienić itd.   Parametry to jedno i to jest zawsze główne narzędzie, tło do rozmowy z mężczyzną, ale pamiętajmy, że jego docelowo nie interesuje świetna jakość nasienia. To tak naprawdę tylko stos cyfr. Głównym celem mężczyzny, który sam lub ze swoją partnerką przychodzi do mnie czy do kogokolwiek, kto ma pomóc w zakresie płodności, jest to, żeby były dzieci. Tak naprawdę nie interesuje go jaka jest jakość nasienia, jeżeli będzie miał potomstwo, na którym mu zależy. Jeśli tak na to patrzymy, to zawsze mówię, że każda pozytywna zmiana, poczynając od stylu życia czy nawyków dnia codziennego, czy zmieniając pewne nieprawidłowości, które uda się znaleźć w męskim organizmie, to zawsze poprawa szans na zostanie tatą. W związku z tym dążymy do płodności, tylko w takim ujęciu lepszej, skutecznej, w ujęciu bardziej życiowym niż tylko cyfry. Holistyczne spojrzenie Dr Łukasz Kupis: Nigdy jednego parametru wybiórczo z tego badania nie interpretuję. „Ma pan złą morfologię, musimy to poprawić”. Zawsze wydaje mi się, że powinno się patrzeć na to badanie nasienia holistycznie, czyli całościowo. Potem dokłada się to badanie do historii, którą opowiada mężczyzna, para siedząca przed nami. Może się okazać, że to, co w jednej konfiguracji jest świetnym wynikiem i dobrze rokuje i powinno się dać takiemu mężczyźnie szansę, u innego może oznaczać coś zupeł
Niepłodność to niewidzialna choroba, która w jakiś sposób zabiera poczucie bycia sprawczym w swoim życiu. Co do tej pory myśleliśmy o swoim życiu, staje się nieaktualne.  Dlatego bardzo wielu pacjentów w trakcie leczenia niepłodności ma poczucie zagubienia, nie dajac sobie jednocześnie przyzwolenia, by się zaopiekować swoimi emocjami. Dodatkowo otoczenie może nie traktować tej choroby poważnie. Do tego wszystkiego dochodzą emocje, z którymi wcześniej osoba starająca mogła się nie mierzyć. Jak się w tym wszystkim odnaleźć? Jak radzić sobie z emocjami podczas starań? Na te pytania odpowiada psycholog Anna Wietrzykowska. Plan odcinka Psycholog Anna Wietrzykowska – poznaj naszego gościa Niepłodność a utrata poczucia sprawczości Adaptacja do choroby Pytanie, na które już teraz trzeba sobie odpowiedzieć Co kłębi się w głowie osoby starającej się o dziecko? Co nam zrobiło dużą krzywdę? Emocje a niepłodność – jak się w tym wszystkim nie pogubić? Jak reagować, gdy komuś się udało? Akademiowe diety i ebooki (kliknij tutaj) Transkrypcja podcastu Akademii Płodności Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko. Zosia: Dzień dobry! Dzień dobry! Dzisiaj was witamy i mamy dla was niespodziankę. Zaprosiłyśmy do naszej Akademii gościa. Ania: Dzień dobry, Anno. Jest z nami Anna Wietrzykowska, psycholog niepłodności. Poruszymy z nią bardzo ważne tematy. Dziękujemy Anno, że przyjęłaś zaproszenie. Anna Wietrzykowska: Dzięki również, miło was widzieć i słyszeć. Zosia: No właśnie. Bo my mamy jeszcze ten bonus, którego nie możemy wam przekazać w podcaście – my możemy sobie jeszcze na Anię popatrzeć, a ona na nas. Ale będziemy się dzisiaj skupiać na ważnych rzeczach psychologicznych, więc pewnie głos Ani wam wystarczy. Zrobiłyśmy sobie burzę mózgów z Anią, zanim ją tutaj zaprosiłyśmy, o czym z nią pogadać. Fajnie byłoby, Aniu, gdybyś powiedziała o sobie kilka słów. Zaraz ci przekażemy mikrofon. Ania na co dzień zajmuje się tematem niepłodności. Spotyka na swojej drodze zawodowej wiele par, które mierzą się ze staraniami, dopiero zaczynają bądź są w trakcie albo już po. Bo okazuje się, że niepłodność i okres starań mogą wpływać bardzo długo na nasze życie później, nawet kiedy już oficjalnie, teoretycznie ten temat w naszych sercach i głowach zamknęliśmy. Psycholog Anna Wietrzykowska – poznaj naszego gościa Zosia: Aniu, przekazuję ci teraz na chwilę głos. Powiedz naszym słuchaczom coś o sobie. Anna Wietrzykowska: Witam wszystkich w tej pięknej przestrzeni, jaką tworzą Zosia i Ania. Jestem psychologiem, psychoterapeutą, seksuologiem w trakcie specjalizacji. Pracuję z parami, które zmagają się z niepłodnością, które też podejmują różne decyzje na drodze do swojego dziecka. Czasami korzystają z adopcji prenatalnej, czasem zamykają ten czas starań o dziecko i kontynuują życie we dwoje. W moim obszarze zainteresowań pracy z drugim człowiekiem jest droga do swojego dziecka. Na co dzień przyjmuję pacjentów online, zdarzają się też pacjenci stacjonarni. Są to zarówno kobiety, jak i mężczyźni oraz pary w różnych konfiguracjach. Taka jest też moja ścieżka zawodowa. Dodatkowo publikuję różne artykuły. Współpracuję z aplikacją iYoni. Jestem autorką książki „Niewidzialni rodzice. Jak rozmawiać o niepłodności”. Zosia: Dzięki, dziękujemy bardzo. Będziemy cię pytać o różne trudne sprawy, które często nam się kłębią w głowie. W ogóle ten okres starań jest takim… wyzwalaczem? Takim okresem, w którym… Miałyśmy takie wrażenie z Anią, że niby się znamy – tę swoją Zosię, tę swoją Anię znasz najlepiej. A jednak w okresie starań dochodzi do takich sytuacji, które są wyzwalaczem emocji, które się w nas pojawiają. Czasami decydujemy się je wyartykułować w różny sposób, czego nie rozumiemy. Mamy takie poczucie, że jesteśmy trochę obce w swoim ciele i w swojej głowie. I tak się ganimy za te emocje. Chciałybyśmy o tym dzisiaj z tobą porozmawiać, jak to jest i dlaczego tak jest i czy to jest okej. Czy mamy sobie na to pozwolić, czy mamy się za to ganić? Niepłodność a utrata poczucia sprawczości Zosia: Mamy wypisanych bardzo dużo punktów. Wstępnie zaczęłyśmy rozmawiać, że może tak być, że ich wszystkich nie omówimy. A chyba łatwiej wam się będzie słuchało tego podcastu, jak będzie luźną rozmową niż odpytywaniem Ani z punktów. Zobaczymy spontanicznie, jak nam to wyjdzie. Czasami będziemy przechodzić do kolejnych tematów, a czasami, jak Ania nam zechce coś opowiedzieć, jeden punkt może trwać dłużej. Anna Wietrzykowska: Kontynuując, Zosiu, twoją myśl, to trochę jest tak w tej niepłodności, że ona jest zupełnie nowym wymiarem doświadczenia. Właśnie taką chorobą. Wyobraźmy sobie człowieka, który postrzegał swoje życie jako spójne, połączone. Kończyliśmy różne szkoły, spotykaliśmy drugą połówkę, planowaliśmy jakąś przyszłość, wybieraliśmy miejsce zamieszkania, zawód. Ustalaliśmy sobie jakiś cel i wiedzieliśmy, że jak włożymy wystarczająco dużo wysiłku, to do niego dotrzemy. Tymczasem choroba – niepłodność, rak, stwardnienie rozsiane – w jakiś sposób zabiera nam raz na zawsze poczucie bycia sprawczym w swoim życiu. Tutaj już od tego włożonego wysiłku nie zależy, czy dotrzemy do celu. Tu jest tak wiele czynników, które decydują o tym, czy będziemy rodzicami, czy nie, że to, co do tej pory myśleliśmy o swoim życiu, staje się nieaktualne. Dlatego bardzo wielu pacjentów w trakcie leczenia niepłodności ma poczucie zagubienia. Do tej pory, co sobie postanowiliśmy, to wiedzieliśmy, jakie punkty należy spełnić, aby dotrzeć do tego miejsca. Teraz jest inaczej – teraz jest choroba, która wpływa na praktycznie większość sfer życia: społeczną, zawodową, związek i całą masę innych. Generuje wiele kosztów. I sposób, w jaki do tej pory pokonywaliśmy trudności, też się zmienia. Czyli teraz nie od naszej sprawczości już zależy, czy coś się uda, tylko od czegoś, co jest od nas niezależne. Czyli od tych czynników związanych typowo z czynnikami, które wpływają na płodność. Pojawiają się różne diagnozy, inne przyczyny, dla których nie można zajść w ciążę. To już jest czasem poza nami, poza pacjentem. Najgorsza jest bezsilność Zosia: To jest chyba w ogóle w moim odczuciu najtrudniejsze, z czym można się pogodzić. Ta bezsilność. Wydaje nam się, że zrobilibyśmy wszystko. Pamiętam, jak składałam deklarację, że wypiłabym każde świństwo i poszłabym wszędzie, gdybym tylko wiedziała, że mogę tę szalę, która się waży, przechylić chociaż o 1%. Żebym miała takie poczucie, że robię cokolwiek. Najgorsza jest bezsilność. Anna Wietrzykowska: Tak. I popatrzcie, że to właśnie uruchamia zupełnie nowe emocje, uczucia i to w takiej ekstremalnej skali. To już nie jest lekka bezsilność, jaką mieliśmy w życiu, tylko ekstremalna bezsilność. Takie tsunami tej bezsilności, która sprawia, że nagle stykamy się z uczuciem, którego nigdy tak mocno nie czuliśmy. I jeszcze tak jak opowiedziałaś, Zosiu, to mi się to połączyło z tym, co powiedziałam wcześniej. Zobacz, próbowałaś tych wszystkich strategii, które do tej pory ci służyły. Powiedziałaś: jestem skłonna zrobić wszystko, żeby to dziecko się pojawiło w moim życiu. Czyli miałaś takie poczucie: zrobię coś i to będzie. I to jest właśnie ta kontynuacja, według której wiele osób przed chorobą myśli o swoim życiu – że dzięki włożonemu wysiłkowi możemy coś zrobić, sprawić, zbudować. Tutaj w sytuacji choroby to niestety się nie zawsze sprawdza. Możemy coś zrobić w naszej chorobie, ale nie mamy 200%. Adaptacja do choroby Zosia: A czy jest tak – ja jestem małym przykładem, żeby na mnie omawiać ogół emocji, które towarzyszą w niepłodności, bo przecież one mogą być tak bardzo różne – że one się zmieniają na tej osi czasu? Bardzo łatwo jest to zaobserwować w jednym cyklu, który trwa około miesiąca, jak inaczej podchodzę do życia, partnera, w ogóle do życia. I jak to się zmienia na przestrzeni przed owulacją, po owulacji, jak rośnie ta nadzieja, a później, jak bardzo ciężko jest upaść. Czy można to osadzić jakoś na osi czasu, na przestrzeni… I właśnie teraz jest trudno operować jakimiś konkretnymi datami, bo to jest bardzo indywidualne. Ale wyobrażam sobie, że zderzam się z niepłodnością i czuję co innego. Potem jednak okazuje się, że ta niepłodność trwa dłużej niż zakładałam, że będzie trwała. A później próbuję się pogodzić z tym, ale nie do końca. Da się to jakoś ubrać w odczucia? Żeby przygotować te osoby, które będą nas słuchać, że to też jest bardzo okej, że najpierw możesz się czuć z tym okej, a później możesz się czuć totalnie zagubiona. Potem wydaje ci się, że się z tym godzisz, a potem znowu jest jakoś… Anna Wietrzykowska: Chyba czuję, co chcesz mi powiedzieć. Czuję takie hasło jak „adaptacja do choroby”. To jest trochę tak, że jak zderzamy się z tą chorobą, to wchodzimy w zupełnie coś nowego. Ale człowiek to taka istota, która się adaptuje. Adaptuje też do tego, co jest trudne. Adaptacja oznacza taki proces radzenia sobie trochę z kosztami choroby, sytuacją choroby. Kintsugi Anna Wietrzykowska: W psychologii często używa się takiej metafory kintsugi. Kintsugi to japońska sztuka sklejania potłuczonych naczyń. Proszę sobie wyobrazić potłuczone naczynie – szklankę, kubek, coś takiego pięknego. Jak to jest potłuczone, to Japończycy wynaleźli taką piękną, artystyczną sztukę łączenia tych elementów. Łączą je klejem, który ma w sobie metale szlachetne. Te fragmenty pęknięte są złączone tymi metalami szlachetnymi, np. są pozłacane. I to wtedy wygląda niesamowicie. To sklejone naczynie wygląda jeszcze piękniej niż przed stłuczeniem. Dla mnie to jest właśnie taka metafora adaptacji do choroby, gdzie człowiek rzeczywiście ma prawo się załamać. Choroba jest bezdyskusyjnie wielkim obszarem strat w życiu. Natomiast jak ją się rozbija, to wiele osób w tej chorobie zaczyna wzrastać, sklejać się. Zaczyna dołączać sobie różne działania, zachowania. Stara się wyzdrowieć, zadbać o siebie. I to jest ten moment sklejania. Na końcu, kiedy mamy człowieka w chorobie, bardzo często możemy zaobserwować, że on wypracował wiele ta
Na święta, Dzień Ojca, urodziny albo rocznicę ślubu – twoja niepłodna głowa już stworzyła scenariusz, w którym właśnie z takiej okazji dajesz partnerowi w prezencie pozytywny test ciążowy. Czy wyznaczanie sobie tego typu deadline’ów ma sens? Co nam to daje, a co zabiera? Posłuchaj, jak to wyglądało u nas.   Plan odcinka Deadline’y podczas starań Presja na dwie kreski Pomysły na poinformowanie o ciąży Pozytywny test ciążowy na walentynki – historia Zosi Czekanie, które pozbawia radości Stawiaj granice     Artykuł #087 – Pozytywny test ciążowy na urodziny męża pochodzi z serwisu Akademia płodności.
W głowie masz milion scenariuszy na idealne święta. Niestety odbiegają one od wymarzonej rzeczywistości, o której uporczywie przypomina ci negatywny test ciążowy. Znamy to, byłyśmy w tym miejscu. Wiemy doskonale, że grudzień to jeden z trudniejszych momentów w roku. Jak to wyglądało u nas? Jakie wnioski wyciągamy po latach? Co wolałybyśmy zmienić, aby bardziej zadbać o swój komfort i nieco ułatwić sobie ten czas? Posłuchaj, jak przeżyć święta, kiedy zmagasz się z niepłodnością. Plan odcinka Święta – czas kontrastów Lęk przed życzeniami Jak przeżyć święta w większym gronie Święta bez rodziny Gdy ktoś inny ogłasza nowinę… Jak przeżyć święta po stracie Docinki i żarty, które wcale nie bawią Pozytywny test ciążowy jako prezent Jak przeżyć święta – gotowe riposty w zanadrzu Transkrypcja podcastu Akademii Płodności Zosia: Zaczął padać śnieg za oknem. Naprawdę zaczął padać śnieg. Patrzę na niego, więc się nastrajam. Ty go nie widzisz, więc będziesz musiała wzbudzić w swojej głowie padający śnieg, bo będziemy dzisiaj gadać o temacie mocno ze śniegiem związanym, czyli świątecznym. Ania: Czyli jednym z trudniejszych… Z.: …czasów. A.: Czasów w życiu osób starających się o dziecko. Z.: Wstępik.   Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko.   A.: Witamy w kolejnym podcaście. Jak słyszeliście we wstępie, porozmawiamy sobie o grudniu. I o tym, co w tym grudniu się dzieje. Z.: W nawiązaniu do świąt, które tuż za rogiem. Dlaczego ten czas dla staraczy jest taki trudny, jak to było w naszych życiach i czy da się wyciągnąć z tego wnioski, żeby trochę ten grudzień sobie ułatwić.   Okres świąt jest taki… Już to mówiłam kilka razy, ale może mamy tutaj nowych odbiorców i jeszcze nie słyszeliście tego mojego określenia. Ja miałam w sobie takie dwa światy z tym grudniem związane. Wiąże się to z rzeczami, które kocham, typu pierwszy śnieg albo moment ubierania choinki. To są takie rzeczy pachnące, pluszowe, cudowne, na które czekam. I równocześnie one mi się konfrontują za chwilę z bardzo ostrym sztyletem, który mnie przeszywa na wskroś, i to jest ta cała reszta związana z moim światem staraczkowym. Moje wyobrażenia i oczekiwania, które miałam w stosunku do tego czasu, i rzeczy, których się wtedy bałam. Czyli np. to, że bardzo marzyłam, żeby wręczyć mężowi najpiękniejszy prezent pod choinkę, albo np. to, jak bardzo przerażały mnie życzenia świąteczne. Albo to, że ktoś zaraz przy stole obwieści nowinę, o której ja marzyłam, żeby ją obwieścić. To jest często taki mocno kontrastowy czas. Święta – czas kontrastów Z.: Ciężko chyba powiedzieć, że nie lubimy świąt tak w całości. Bo są jednak takie elementy, na które czekamy. Ale te negatywne nie równoważą ich absolutnie. I jednak ten czas jest bardziej trudny niż łatwy, prawda, w świecie staraczy? A.: Tak. Tutaj nawet zaznaczyłam sobie taką myśl, że występuje strach przed świętami. Że zbliżające się święta i końcówka roku to swego rodzaju podsumowanie przy rodzinnym stole i zamknięcie klamrą pewnego etapu, który chcielibyśmy zamknąć w określony sposób – będąc w ciąży. Z.: No wiadomo. A.: To daje więc takie poczucie zderzenia się z tym. Oddzielamy grubą kreską wszystko, co robiliśmy w tym roku. Jest ten deadline, który każe nam się zderzyć z tym, czy udało nam się zajść w ciążę, czy nie. To jest bolesne. O tych deadline’ach również pojawi się bądź pojawił się podcast o nazwie „Pozytywny test ciążowy na urodziny męża”. Tam rozmawiamy o tym, czy aby na pewno te deadline’y są słuszne. Czy one nam pomagają, czy wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej nam dokopują. Myślę, że po prostu grudzień zarówno mi, jak i tobie, Zosiu – z tego, co już ustaliłyśmy – kojarzył się z podsumowaniem. I bardzo często było to bolesne podsumowanie i zderzenie się z tym, że się nie udało. Z.: To prawda. Niestety wiele razy kończyło się to tak, że kończę podsumowaniem niewymarzonym. Lęk przed życzeniami Z.: Ale bałam się też bardzo życzeń przy wigilijnym stole, bo wiedziałam, że to nie będą tylko moje podsumowania. Rozumiesz? Jak zmierzę się z życzeniami od najbliższych albo tych dalszych, nie mówiąc o dogryzkach, których bałam się również, a które występują, kiedy spotykamy się w większym gronie. Że np. teściowa czy mama, czy babcia, czy tato będą mi życzyć trochę tego, czego sami oczekują, a jeszcze nie dostali. Czyli usłyszę właśnie o tym, że mi życzą, wiesz… A.: Dziecka. Z.: Tak, tak. W kontekście tego, czy życzą go mi dlatego, że ja go pragnę, czy życzą go tak naprawdę sobie, bo oni już bardzo czekają. To było takie podwójne obciążanie niespełnianiem oczekiwań – nie tylko swoich. Że nie dość, że nie miałam spełnionego swojego ogromnego marzenia, to jeszcze czułam, że nie spełniam oczekiwań czyichś i że jestem jakby za małą i niewystarczającą żoną, wnuczką, córką. Oczywiście klasycznie to karmiło w swojej głowie ja, ale ciężko było mi się z tym zmierzyć. Nie potrafiłam tych życzeń odbierać pozytywnie. Na takiej zasadzie, że dziękuję ci bardzo, że życzysz mi tego, o czym bardzo marzę. Tylko od razu robiłam afront i kontrę na zasadzie: „Życzysz mi, bo sam czekasz? Kurde, ja też bym chciała, żeby to się spełniło, ale nie wychodzi”. Dwa stoły wigilijne A.: Czy pomimo tego, że twoi rodzice i wszyscy tutaj z domu byli wspierający i wprowadzeni w świat starań, a też sami borykali się z różnymi przeciwnościami losu, jeżeli chodzi o swoje starania, i pomimo tego, że byli tak zaangażowani, to nadal odczuwałaś te życzenia jako presję? Bo wiesz, oni wiedzieli, co się dzieje, sami doświadczyli wielu bolesnych strat. I pytanie, czy oni zdawali sobie sprawę, jak bolesne mogą być te słowa, skoro uczestniczyli w tym życiu i tak bardzo cię wspierali w tym wszystkim? Z.: To prawda. Trzeba rozgraniczyć dwa stoły wigilijne z moim życiu. Jeden to był stół ten z rodzicami i dziadkami. Drugi był u moich teściów. I zdecydowanie bardziej bałam się tego u moich teściów, mimo że atmosfera tam panująca była bardzo nam sprzyjająca. To nie było tak, że ona była wroga. To są dwa zupełnie odrębne domy, dwa odrębne modele wychowania, dwa odrębne style bycia ludzi, którzy tam żyją w tym swoim sosie razem od lat kilkudziesięciu. Więc pomimo że u mnie w domu każdy z tych tematów mieliśmy przegadany i rozłożony na czynniki pierwsze i każdy był z tym na bieżąco, to oczywiście było mi przykro, kiedy babcia Krysia przychodziła do mnie zaryczana, składając mi życzenia i mówiąc, że ona bardzo mi życzy i że sama bardzo by chciała. Czułam się niewystarczająca, ale czułam też wsparcie od niej. Z kolei u teściów było tak, że raczej się o tym nie gadało. Bo w ogóle ciężko jest gadać na trudne tematy. Raczej się je omija i jakoś wspiera się np. klepnięciem w plecy. Nie było tak, że siadamy i że może chcielibyście pogadać, że taki jest czas face to face, tylko że tak raczej… A.: Na milcząco. Z.: Tak. Tak że tak raczej my jesteśmy, ale tak po cichutku. Bańki, w których żyjemy Z.: Nie chcę tego oceniać, czy to jest dobre, gorsze, lepsze. To jest po prostu innego od tego, jak ja byłam wychowana. Wtedy, te X lat temu, wydawało mi się, że każdy dom rozwiązuje problemy w taki sam sposób. Dopiero potem dotarło do mnie, że – kurde, Zosinku – nie. To nie jest schemat, którym się postępuje wszędzie i nie możesz tego oczekiwać, że każdy w ogóle będzie chciał, a tym bardziej potrafił się z tym mierzyć w taki sposób, jak ty sobie wyobrażasz, że możesz i płakać, i krzyczeć, i każdy to przyjmie. Bo tak się prowadzi dyskusje w każdym domu. A.: Każdy żyje w swojej bańce. I te bańki są różne. Czasami mamy zakrzywiony obraz tego, jak może wyglądać inny dom – zgoła inaczej niż nasz, w którym żyliśmy tyle lat i który mimowolnie nawet gdzieś przedostaje się do naszych relacji, bo gdzieś to jest głęboko wryte w DNA. Z.: I nas naznacza, dokładnie tak. Jak przeżyć święta w większym gronie A.: Dobrze. Mamy tutaj stoły rodzinne. Powiedzmy tak teściowo… Z.: …domowe. A.: Ale są jeszcze stoły, przy których znajduje się dalsza rodzina, typu ciocie, wujkowie. Spotykaliście się na swojej drodze z takimi życzeniami lub niestosownymi w waszym odczuciu docinkami związanymi z tym „Kiedy dziecko?”, z komentowaniem waszego życia na świeczniku? Ten stół to taka trochę scena i niektórzy mogą się czuć oceniani przez osoby, które – tak jak wspominałaś – wiedzą, że coś się dzieje, wspierają, nie do końca mają coś złego na myśli (tak jak babcia Krysia, składając życzenia), a są takie, dla których z automatu to jest żart. Żartują sobie przy rodzinnym stole, że nie umiecie tego zrobić. Lub tak bardzo łatwo idzie im ocenianie młodych, że nie myślą o rodzicielstwie, tylko pracują. Czy ty ze swoim mężem miałaś takie konfrontacje przy rodzinnym, świątecznym stole? Z.: Może oszczędzało nas to, bo nie spędzaliśmy świąt w tak dużym gronie, tylko w takim, w którym jesteśmy na co dzień. Mniej więcej wiemy więc, co u nas słychać. To jest z jednej strony fajne, bo się czujesz bardzo swobodnie wśród swoich ludzi, a z drugiej strony rozluźniają się te więzy rodzinne. Mam taką trochę tęsknotkę za tym, że nie znam swojej dalszej rodziny.   U mnie się Wigilię spędzało najdalej do rodzeństwa rodziców, do rodzeństwa mojego taty i ich dzieci. Byliśmy w takim zamkniętym gronie cioć i wujków, co nie zmienia faktu, że są wśród tych osób takie, które bez ogródek potrafią zadać pytanie w trochę za bardzo bezpośredni sposób. Niestosowne pytania Z.: Mam o tyle szczęścia, że nas takie typowo niegrzeczne… Bo „Kiedy dziecko?” to dla mnie skrajnie bezczelny tekst. Taki, że nie można tego nawet próbować usprawiedliwić. I to jeszcze na forum, na zasadzie: to teraz zapytajmy, wszyscy już po rosole, to… A.: Kiedy ty nie masz siły się bronić! Z.: Tak! A.: To jest najgorsze. Nie masz siły w sobie, żeby się obronić. To jest sztylet. Z.: Takie np. „A kiedy u was?”. Raczej byłam świadkiem takich sytuacji. One nie były adresowane do mnie. Ale byłam świadkiem i też wspominałam o tym… Nie wiem, w którym podcaście… A.: „Oni wszyscy wiedzą lepiej”. Z.: Dokładnie tak, chyba to było ta
Kim jest fizjoterapeutka uroginekologiczna? W jaki sposób może nam pomóc podczas starań? Jakie znaczenie dla płodności mają nasze codzienne nawyki, to, jak oddychamy, albo jak zachowuje się nasza blizna po operacji sprzed wielu lat? Dlaczego warto śpiewać w toalecie? Tego wszystkiego dowiesz się z naszej rozmowy z Karoliną Wójcik, Intimiterapeutką. Plan odcinka Czym zajmuje się fizjoterapeutka uroginekologiczna? Jak fizjoterapeutka uroginekologiczna może pomóc staraczce? Jakie mamy złe nawyki toaletowe? Jak fizjoterapeutka uroginekologiczna może pomóc przed in vitro? Jak wygląda wizyta u fizjoterapeutki uroginekologicznej? Historie, które dają nadzieję Fizjoterapia jako jeden z puzzli Transkrypcja podcastu Akademii Płodności Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko. Zosia: Co za przewrotna zamiana miejsc. Zamieniłyśmy się kwestiami. Stwierdziłyśmy, że się za bardzo zastałyśmy w tych szufladkach mózgowych. Ale słuchajcie, mamy dzisiaj gości. Jest z nami dzisiaj Karolina. Karolino, witamy cię serdecznie. Karolina: Cześć, dziewczyny. Cześć, wszyscy! Z.: Właśnie, bo może zdarzyć się tak, że nie tylko dziewczyny będą nas słuchać. Karolina jest z nami, ponieważ ma wiele wspólnego z niepłodnością i z pomocą osobom, które są w trakcie starań o dziecko. Jest ona fizjoterapeutką, ale taką specjalną. Fajnie by było, Karolina, gdybyś nam powiedziała o sobie kilka zdań. K.: Bardzo mi miło, że mogę z wami rozmawiać. Jestem Karolina, jestem fizjoterapeutką uroginekologiczną z Gdańska. Zajmuję się zdrowiem kobiet na absolutnie każdym etapie życia, jeżeli dziewczyny tej pomocy potrzebują. Oczywiście jednym z obszarów, w których działam, jest temat niepłodności i przygotowania do transferu in vitro czy endometrioza i wszystkie schorzenia, które mogą prowadzić do niepłodności albo jej towarzyszyć. Ania: Okej, super. Bardzo nam miło cię gościć tutaj. Może zaczniemy sobie od pytań, które przygotowałyśmy. Mamy nadzieję, że się w międzyczasie urodzą kolejne, bo już chciałabym poruszyć ten wątek transferu i przygotowywania do in vitro. Czym zajmuje się fizjoterapeutka uroginekologiczna? A.: To może na początek zaczniemy sobie od tego: staram się o dziecko, ale nie wiem, jak taka fizjoterapeutka uroginekologiczna mogłaby mi pomóc. Kto w pierwszej kolejności powinien się do ciebie udać? K.: Hmm… To jest bardzo dobre pytanie. Myślę, że jeszcze kilka lat temu powiedziałabym: jeżeli czujesz, że coś ci dolega, masz jakieś dolegliwości bólowe, np. przy współżyciu, w obrębie brzucha, bolesne miesiączki, nietrzymanie moczu – to wtedy się zjaw u fizjoterapeuty. Ale po kilku latach w zawodzie muszę powiedzieć z całą mocą, że myślę, że nadejdzie taki czas, że każda dziewczyna powinna trafić do fizjoterapeutki uroginekologicznej na jedną wizytę typowo check-upową. Czyli cześć, jestem Marta. Nic mi nie jest, może się będę starać o dziecko, może nie. Chciałabym zobaczyć, czy wszystko jest okej. I czy zwróciłabyś na coś uwagę, co mogłoby mi pomóc być dziewczyną bez dolegliwości, dobrze sobie radzącą w codziennym życiu. Z.: Jak mam taką świadomość, że w ogóle istnieje ktoś taki jak fizjoterapeutka uroginekologiczna, to będę miała taką żarówkę w głowie. Jeszcze jak wysłucham np. takiego podcastu czy przeczytam jakiś artykuł, to sobie pomyślę: okej, to jest jeden z tych gabinetów, w których powinnam się pojawić, jeszcze przed okresem starań o dziecko. K.: Jasne. Z.: Ale jak nie mam o tobie pojęcia, to co może się okazać, że mi dolega, jeśli nie mam dolegliwości? Jak fizjoterapeutka uroginekologiczna może pomóc, jeśli nic mi nie dolega? K.: Jasne. Z drugiej strony też nic się nie stanie, jak się nie zobaczymy. Oczywiście. Natomiast tempo naszego życia dzisiaj jest absolutnie fatalne. Tak bardzo odbiega ono od poczucia zdrowia, spokoju. Tempo, w jakim żyjemy, stawia nasz organizm w bardzo trudnej sytuacji i każe naszym tkankom pracować w takich warunkach, których one nie ogarniają. Więc bardzo często dziewczyny przychodzą na wizytę kontrolną, bo np. przyjaciółka poleciła, bo siostra poleciła, bo słyszały, bo ginekolożka zaleciła. I okazuje się, że oczywiście, wszystko jest w porządku. Natomiast zwrócenie uwagi na pewne mechanizmy, które robimy codziennie, będzie pomocne, żeby czuć się lepiej w codziennym życiu. Na przykład od razu zwracamy uwagę na to, jak oddajemy mocz, jak się wypróżniamy, jak się czujemy podczas współżycia. Nagle się okazuje, że robię wywiad z dziewczynami, zadaję im podstawowe pytania, np. czy twoje miesiączki są bolesne, czy czujesz jakiekolwiek dolegliwości bólowe podczas współżycia, i słyszę od nich: no tak, ale tak, wiesz, 5/10 – to chyba normalne. Jesteśmy w 2023 roku, a nadal mamy w pełni superogarniające codziennie dziewczyny, które myślą, że ból przy miesiączce czy ból przy współżyciu, jeżeli nie jest wykańczający, jest czymś normalnym. A przecież nie jest. A.: To jest bardzo ciekawe. Myślę, że też wiele dziewczyn już tak mogło przywyknąć do tych dolegliwości i nauczyło się z nimi żyć, że nawet nie zwraca uwagi, że można funkcjonować bez nich. Czyli mamy te bolesne miesiączki. K.: Dokładnie tak. Jak fizjoterapeutka uroginekologiczna może pomóc staraczce? A.: A w kontekście starań? Przychodzę na pierwszą wizytę i co fizjoterapeutka uroginekologiczna może powiedzieć? Co może być przeszkodą, tym puzzlem, który dokłada właśnie fizjoterapeutka uroginekologiczna, która może coś zrobić, żeby wesprzeć płodność? Jakie są przeszkody? Jak dział, którym się zajmujesz, może pomóc? Co możesz zniwelować? K.: Jak przychodzi do mnie pacjentka, to zawsze staram się sprawdzać te przeszkody na sam koniec. Zawsze pacjentkę bierzemy pod uwagę całościowo. Mimo że jesteśmy fizjoterapeutkami uroginekologicznymi, czyli teoretycznie skupiamy się przede wszystkim na dnie miednicy, czyli na miednicy w ogóle, to musimy pamiętać, że traktujemy zawsze pacjentkę całościowo. Czyli będziemy badać wszystkie staraczki od stóp do głów. Ale jeżeli już mówimy o takich dolegliwościach czy przeszkodach, które mogą się pojawić na drodze do zajścia w ciążę, to na pewno będziemy zwracać uwagę na rozkład napięć w ciele, na wszystkie nadmierne napięcia, z którymi nie możemy sobie poradzić. Na pewno też na blizny, które możemy mieć zewsząd. Nie tylko to muszą być np. klasyczne blizny po laparoskopii zwiadowczej, ale również blizny po artroskopii kolana w 1993 roku. Blizny to będą zawsze te elementy badania, których nigdy nie pominiemy. Na pewno sprawdzimy sobie pracę całego brzucha, tkanek w obrębie brzucha, napięcia brzucha. Oczywiście zwrócimy uwagę na moją ukochaną przeponę oddechową, która jest naszym centrum i z którą pracujemy praktycznie zawsze. Nawet jeśli nie pracujemy, to zawsze ją sprawdzamy. Oprócz tego – oczywiście to, z czym dziewczynom najczęściej kojarzy się fizjoterapeutka uroginekologiczna – dno miednicy. Czyli wszystkie dolegliwości w obrębie miednicy, które mogłyby powodować problem z zajściem w ciążę. Do tego problemy z pęcherzem, wypróżnianiem, często z nietrzymaniem moczu, bolesnymi stosunkami. I oczywiście – tutaj dochodzimy do tego, co myślę, że już wszyscy kojarzą jako korelujące – endometriozę, zespoły bólowe miednicy mniejszej. Fizjoterapeutka uroginekologiczna a osteopatka A.: Czyli to są te przypadki, w których możemy coś zrobić. A czy fizjoterapeutka uroginekologiczna może pracować z pacjentkami, które borykają się z niepękającymi pęcherzykami? K.: Tutaj na pewno skierowałabym pacjentkę do osteopatki/osteopaty. Może nie dla wszystkich to jest takie oczywiste, więc od razu powiem kim ona/on jest. Skierowałabym taką staraczkę do osteopaty, ponieważ osteopata to albo fizjoterapeuta, albo lekarz, który po cztero- lub pięcioletnich studiach osteopatycznych zajmuje się już bardziej głębokimi połączeniami w ciele niż fizjoterapeuta. I tutaj osteopata przypuszczam, chociaż musiałabym się spytać moich koleżanek, z którymi współpracuję, pogłębiłby temat i na pewno poprowadziłby pacjentkę. Jakie mamy złe nawyki toaletowe? Z.: Okej. Jak zaczęłaś wymieniać te rzeczy, Karolino, to też sobie pomyślałam, że niektóre są dla mnie tak oczywiste, że w ogóle nie zamierzam połową swojego neurona ich zakwestionować. Ale jak np. mówisz mi o tym, że możesz chcieć zwrócić uwagę na moją bliznę na kolanie, którą mam po jakiejś operacji w 1993 roku, to myślę sobie, że takich rzeczy, o których bym nie pomyślała, jest mnóstwo. Więc chciałabym ci zadać tutaj przewrotnie pytanie, o którym już w sumie wspominałam lekko przed wejściem na wizję. Czy są takie rzeczy, które jakaś duża część z nas robi nieświadomie, a może to wpływać negatywnie na nasze kobiecie dolegliwości i na płodność? Jest coś takiego? K.: Myślę, że takich rzeczy jest naprawdę bardzo dużo. Z takich gabinetowych, o których myślę jako o pierwszych, które się praktycznie zawsze przewijają, to są wszystkie nasze nawyki dotyczące mikcji, czyli oddawania moczu. To, o czym myślę, to na pewno oddawanie moczu na zapas, przed każdym wyjściem z domu, przed każdym ważnym spotkaniem, mimo że pęcherz nie chce się jeszcze wcale opróżnić. Druga rzecz: parcie na toalecie przy wypróżnianiu. Jesteśmy nauczone tego chyba już z czasów dzieciństwa, wczesnego odpieluchowania, kiedy wypróżniałyśmy się na zawołanie naszych rodziców: szybciej, teraz, brawo, kochana! Kupka w nocniku – cudownie. Gdzieś tam mamy wgrane niestety, że przy wypróżnianiu mocno przemy, że przed wyjściem z domu oddajemy mocz, żeby – nie daj Boże – nie musieć się zatrzymywać na stacji benzynowej. A tak naprawdę zobaczcie, jaka to jest ingerencja w czucie naszego ciała. Jak te nawyki nam szkodzą? K.: Pęcherz moczowy pracuje jak taki worek. I powinien w zdrowych warunkach dawać nam sygnał do opróżnienia się w sytuacji, kiedy jest wypełniony – i tylko wtedy. A kiedy my go trenujemy do tego, że powinien się opróżniać przed każdym wyjściem, ważnym spotkaniem, to koniec końców on tak właśnie będzie reagował. No a idąc dalej – taki pęcherz na pewno zmniejszy swoją objętość. A to już może gene
„Przestańcie myśleć”, „za bardzo chcecie”, „wyjedźcie na wakacje”, „musicie wyluzować” – wszyscy wiedzą lepiej, co wam pomoże podczas starań. Czasami przybiera to postać z pozoru niewinnych żartów, innym razem poważnych rad, ale w każdym przypadku dokarmia to demony w niepłodnej głowie. Co z tym zrobić? Posłuchaj, jak to wyglądało u nas. Plan odcinka Starania – wszyscy wiedzą lepiej niż wy Wchodzenie z butami w czyjeś życie Okres starań weryfikuje przyjaźnie Głupie żarty Komentowanie czyjegoś życia Wpędzanie w poczucie winy Obgadywanie Teksty, które nie wspierają Wszyscy wiedzą lepiej? Odbij piłeczkę Transkrypcja podcastu Akademii Płodności Zosia: Śmiejemy się. Już pewnie słychać śmiech w głosach. Bawi mnie Aniusia, bo siedzi z telefonem i nagrywa, żeby wam updatować zaraz, szybciutko, że tutaj nowy podcast się tworzy. Ale bardzo dobrze, bo to są potrzebne update’y. Mnie nawet to nie mignęło. Już się skupiłam na tym, żeby gadać, a powinnam wam dać cyna, że będę gadać. Ania: Jaki influencer. Z.: Od czego mam Aniusię? Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko. A.: Dzień dobry, witam naszych słuchaczy. Witamy w kolejnym podcaście. Temat dzisiejszego podcastu brzmi „Oni wszyscy wiedzą lepiej”. Z.: Oooo tak! A.: Zaciekawiłam cię? Z.: Tak. I już mi nawet podniosłaś ciśnienie troszeczkę. Już sobie wyobrażam tych wszystkich, którzy w moim przypadku wiedzieli lepiej. A.: To właśnie o tych, co wiedzieli lepiej podczas starań, będziemy dzisiaj rozmawiać. A tacy, którzy wszyscy wiedzą lepiej od was samych bądź którym wydaje się, że wiedzą lepiej (bo nie wierzę, żeby tak było), są… albo mogą być wokół was. Z.: I to będą rzeczy od takich bardziej niewinnych, delikatnych prztyczków w nos po takie totalnie nieakceptowalne, które życzyłabym sobie, żeby były natychmiast kontrowane. Będą to ludzie, którzy jakby celowo chcą sprawić ci przykrość, bo sobie stwierdzą, że zrobią świetny żart twoim kosztem, bo mogą, bo np. rzadko odbijasz tę piłeczkę i sobie pozwalasz. To mogą być też takie szczerze zatroskane osoby, które chcą udzielić ci radę, o którą wcale nie prosiłaś(-łeś). Robią to z dobrej woli. Tutaj trochę wrzucamy do jednego worka tych turbonajgorszych i takich, którzy w sumie nie mieli wcale złych intencji, ale wyszło, jak wyszło. Bo tak może być. Idea, jaka przyświecała daniu tej wspaniałej rady, była dobra, ale jakby, kurde, nikt o nią nie prosił i to głupie bardzo? Rozumiecie? Starania – wszyscy wiedzą lepiej niż wy Z.: Robię tylko ten wstęp, żebyśmy sobie zdawali sprawę, że po drugiej stronie nie zawsze stoi ktoś, kto jest turbozłym człowiekiem, chcącym zrobić tylko krzywdę. A.: Dobrze, że to dodałaś, bo tak może być. Są ludzie, którzy nie wiedzą, co powiedzieć, i z troską chcą wspierać nas podczas starań, ale nie do końca mają pojęcie o tym, jakie słowa w tym czasie przyniosłyby nam ukojenie. Pierwsze, co może im przyjść do głowy, to… Pamiętam taką sytuację, w której jedna z bliskich mi osób na pytanie, czy staramy się o dziecko, przytoczyła historię swojej znajomej, która po wielu latach zaszła w ciążę, luzując sobie ze względów zdrowotnych. Ta kobieta akurat miała wiele złamań po wypadku i podczas tej rekonwalescencji udało jej się zajść w ciążę. Dość taki zapadający w pamięć przykład, ale to miało mi wtedy pomóc uwierzyć, że ja kiedyś też będę w tym miejscu. Aczkolwiek nie wiem, czy to tak do końca dodało mi skrzydeł. Oni wszyscy wiedzą lepiej: „za dużo myślicie, wyluzujcie!” A.: W zasadzie te historie, którymi ktoś się dzielił – okej, były w porządku, ale to też nie było tak, że dodawało mi to energii. Aczkolwiek było to tak jak, Zosiu, wspominałaś – wypowiedziane przez osobę, która chciała dla nas bardzo dobrze. Myślę, że to było na zasadzie: okej, nie biorę tego pod uwagę. Zapamiętałam tę historię, ale ona nie dodała mi skrzydeł. Aczkolwiek z ust innych osób, które nie są tak blisko nas, podejrzewam, że byłoby to odebrane w dość urażający mnie sposób. No jakie to ma znaczenie… No nie udaje mi się. Po prostu. Z.: Te wszystkie odpowiedzi możemy wrzucić do jednego wora z tymi ludźmi, którzy radzą nam: „przestańcie myśleć”, „za dużo myślicie”, „za bardzo chcecie”, „wyjedźcie na wakacje”, „musicie wyluzować”. Z perspektywy miejsca, w którym się obecnie znajduję, mam w sobie wiele pokory, ale dokładnie pamiętam, jak słyszałam takie rzeczy. Wiesz, co chciałam wtedy odpowiedzieć? Wsadźcie se w dupę to. Wsadź se w dupę to „wyluzujcie”. Jakby to była najtrudniejsza rzecz do zrobienia ever. Bardzo bym chciała wyluzować i nie myśleć, ale każ mi nie myśleć o różowym słoniu i będę robić tylko to! Więc przestań mi pieprzyć, że mam przestać myśleć o różowym słoniu. Co to są za rady z dupy? Jak o czymś najbardziej na świecie marzysz, to jak masz przestać o tym myśleć? W ogóle co to za tekst? „Przestańcie myśleć” albo „wyjedźcie na wakacje”. Gdzie zaraz będą to kontrować z drugiej strony. Bo jak na te wakacje jeździsz, a nie masz dzieci, to też potrafią ci wypomnieć, że tylko to masz w głowie. A.: Tak. Nawet widziałam gdzieś taki screen wiadomości: „Jeździcie tylko na te wakacje, a może byście sobie dziecko zrobili?”. Z.: No właśnie! A.: Dżizas! Z.: Tylko podróże wam w głowie. No? No? A.: Tylko podróże wam w głowie.   Wchodzenie z butami w czyjeś życie A.: Tak sobie myślę: co trzeba mieć w głowie? Staram się zrozumieć te osoby, ale naprawdę czy aż tak wchodzimy z buciorami w czyjeś życie? Oceniając je? Przecież to życie tego człowieka. Tak łatwo przychodzi nam ocenianie tego? Dlaczego oni to robią? Mają ochotę, więc sobie jeżdżą. Who cares? Co nas to obchodzi? Powiem wam szczerze, że ja tego nie rozumiem. Spotykając się z tyloma wiadomościami od dziewczyn, które podczas starań dostawały różne nieprzychylne wiadomości od bliskich bądź dalszych osób, nadal nie jestem w stanie wytłumaczyć racjonalnie kogoś, kto ocenia i wchodzi tak łatwo z buciorami. Po jednym zdjęciu na Facebooku? I to jest np. znajoma, z którą się spotykacie, jak np. na święta zjeżdżacie w rodzinne strony, i która rzuca takim tekstem – no nie rozumiem. Nie potrafię tego pojąć. Zawsze sobie tak to tłumaczę, że może ktoś nie rozumie, nie widział, że coś tam… Nie ogarniam tego swoją głową, jak tak można. A wierzę, że takie osoby są w waszym otoczeniu. Oni są wszędzie! Z.: Oj, Boże. Oni są wszędzie, Aniusia. Jakby świat był z Aniuś stworzony, to nie byłoby takich tekstów pewnie. Ale to też nie jest tak, że tylko w moim życiu był taki wujo Zbysio i opowiem jakąś anegdotkę, a wy wszyscy zrobicie: „O matko! Jak fajnie, że w moim nie ma…”. Jak ktoś tego słucha, to pewnie od razu ma flashbacki ze swojego życia i widzi kogoś, kto mu pierdzielnął takim tekstem. Albo koleżanka, która w ogóle nie starała się o dziecko, nie ma zielonego pojęcia, z czym to się wiąże, potrafi na wspólnym wyjściu na jakiegoś drinka (do którego się zmuszasz, bo przecież trzeba żyć) walnąć ci tekstem: „Weeeź tam, Kaśka, za dużo myślisz! Dlatego nie wychodzi. My z Tomim to… No tak wyszło. Wiesz, nawet nie wiedziałam. Musicie wyluzować. Nam się udało na wakacjach, a też np. dwa cykle nie wychodziło”. I wtedy siedzisz i tak sobie myślisz: Boże… A.: Uciekam. Z.: Że to w ogóle nie jest partner do rozmowy. Że w tym momencie mogłabyś usiąść, zacząć tłumaczyć, pokazać z twojej perspektywy, z czym to się wiąże, ile to trwa, jakie to są koszty emocjonalno-finansowo-związkowo-wszelakie. Ale przecież to nie jest odbiorca tych wiadomości. Już wiesz, że u tego człowieka nie znajdziesz zrozumienia. To jest ten moment, kiedy warto to chyba przemilczeć. Tak mi się wydaje. Ja przynajmniej w takich sytuacjach, gdy wiedziałam, że tam nie ma neuronów na odbiór tego, co we mnie rezonuje… To okej, wręcz można przytaknąć. Rzeczywiście chyba, kurwa, podróży nam brak w tym wszystkim, serio. Jak mogliśmy tak ważny element pominąć? Element wyjazdu na wakacje i wyluzowania. Aaaa! To właśnie przez to. A.: Magiczny kluczyk. Wyluzujcie. Z.: No widzisz? Następne mojito na mój koszt za tę wspaniałą radę. Okres starań weryfikuje przyjaźnie A.: Problemy weryfikują też osoby, które są w naszym otoczeniu. Jeżeli przyjaciel, przyjaciółka nie ma miejsca na to, żeby wysłuchać moich problemów, to może on/ona w ogóle nas nie słucha. W sensie, że to są osoby, które… Z.: Trywializują, tak? A.: Tak! Nie ma tam po prostu miejsca na wszystkie twoje problemy. Jest to smutne, kiedy człowiek dochodzi do tego, że myślałam, że się przyjaźnimy, a zawiodłam się na tobie. Z.: Okres starań mocno weryfikuje grono znajomych. A.: Tak, to chciałam powiedzieć. Ten trudny dla nas czas poddaje próbie przyjaźnie i to, jakich masz ludzi wkoło. Jeżeli masz takich, którzy chcą cię wysłuchać i szanują to, co czujesz, nie poddając tego ocenie… Z.: Mimo że ich perspektywa jest np. turboinna. Ale pozwalają ci czuć to, co czujesz. A.: To jest w ogóle niesamowite szczęście, że takie osoby są. Ale wierzę, że możemy się zderzyć z tym, że niestety takich ludzi nie będzie. To jest bardzo przykre. Życzę wam jak najwięcej takich osób, które was zrozumieją i które nie będą rzucały takimi głupimi tekstami. A nawet może jak nimi rzucą, to przyjdzie jakaś refleksja. To jest tak, że też dojrzewamy, zmieniamy się, spotykamy się z tymi przyjaciółmi na różnych etapach życia. Moi przyjaciele nie rozumieli totalnie, o co mi chodzi, bo byli zajęci imprezowaniem. To było fancy. „Jakie starania o dziecko? O czym ty w ogóle mówisz? Dlaczego się nie bawisz? Serio? Jesteś młoda, daj sobie spokój”. Z.: No dobrze, ale dalej są przyjaciółmi, bo poszli jednak po jakąś autorefleksję i stwierdzili, że – kurczę – mogliśmy wtedy tej Ani nie rozumieć. A.: Tak. Czasami ta refleksja przychodzi. Chcę powiedzieć, że różni ludzie nas otaczają. Autorefleksja Z.: Tak. Ale szukajcie sobie takich, którzy są dla was wspierający, a nawet jeśli bywają niewspierający, to potrafią po przemyśleniu przyznać się do błędu. Wszyscy popełniamy błędy. Wy też potraficie ludziom sprawić przykrość, ale potem przychodzi jakieś takie: „Kurde, ale dowali
Dlaczego już na początku starań warto zjawić się u androloga? Kiedy najlepiej wykonać badanie nasienia? Czy obniżone parametry nasienia faktycznie przekreślają szansę na zostanie ojcem? Na te i wiele innych pytań odpowiada dr n. med. Łukasz Kupis, androlog, urolog, specjalista w leczeniu niepłodności męskiej. W tym odcinku rozmawiamy też o azoospermii, żylakach powrózka nasiennego, odwróceniu wazektomii czy o biopsji jądra. Mówimy również o tym, dlaczego mężczyźni nie chcą się badać i jak to zmienić. Posłuchaj koniecznie! Plan odcinka Wizyta u androloga czy urologa – od czego zacząć? Kiedy zjawić się u androloga lub urologa? Kiedy zrobić badanie nasienia? Złe wyniki nie przekreślają ojcostwa Diagnostyka szyta na miarę Wynik badania nasienia – co ile się zmienia? Kiedy mężczyzna nie chce się badać… Azoospermia Obniżone parametry nasienia – przyczyny Dieta na płodność mężczyzny Gdy pomimo operacji parametry się nie poprawiają… W wielu sytuacjach da się pomóc Przy obniżonych parametrach nasienia nadal istnieje szansa na ciążę Płodność można wspierać na wiele DIETY https://sklep.akademiaplodnosci.pl/ NEWSLETTER https://akademiaplodnosci.pl/newsletter/ Artykuł #083 U androloga – dr Łukasz Kupis pochodzi z serwisu Akademia płodności.
Czym jest Akademia Płodności? Czas na update. Wracamy do podcastów i – na chwilę – do przeszłości. Pora przypomnieć, czym jest Akademia Płodności i w czym możemy pomóc. Co może dać stosowanie diety podczas starań? Od czego zacząć? Posłuchaj, jakie były nasze początki, jak waliłyśmy głowami w mur i przecierałyśmy szlaki, kiedy nikt wokół nie wierzył, że to ma sens. Dowiedz się, na czym zjadłyśmy zęby i dlaczego to wszystko, od czym trąbimy od lat, nie jest pustym gadaniem. Plan odcinka Wracamy! Czym jest Akademia Płodności? Czas na update! Cofnijmy się do 2017 roku… Dieta płodności? A co to takiego? Coś dla niedowiarków Akademiowe diety i e-booki Początki Akademii Pierwsze wspólne działania Work-life balance? To nie u nas… Kiedy Akademia Płodności może pomóc? Byłyśmy w tym samym miejscu Brakujący puzzel Dieta a poczucie sprawczości Transkrypcja podcastu Akademii Płodności Ania: Włączaj. Zosia: Włączam. Ale ban na politykę. Proszę newralgicznych kwestii tutaj nie poruszać. Szczepionki, polityka – zero, dobrze? Umówmy się, że przez najbliższe pół godziny to tu nie pada. A.: Nie będziemy już dalej mówić na ten temat. Nie wiadomo, która jest po której stronie barykady. Każda z nas po słusznej. Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko. Wracamy! A.: Dzień dobry, dzień dobry. Z.: Jak dziwnie po przerwie! Trochę przetarłyśmy te mikrofony łokciem i jeszcze coś tam działa. Słychać nas? Halo? Dzień dobry, witamy się po bardzo, bardzo długiej przerwie. Przerwa była planowana, ale nieplanowane było to, że będzie ona aż tak długa. Troszkę się zasiedziałyśmy. A.: Dzień dobry! Miło siąść tutaj przed mikrofonem. Z.: Przed zakurzonym mikiem. Słuchajcie, wracamy. Zobaczymy, na jak długo. Ciągle nie zaczynałyśmy nagrywać przez to, że nie wiemy, czy będziemy miały przestrzeń na publikowanie bardzo regularnie przez kolejne miesiące. Ale z drugiej strony to głupie myślenie, bo nawet jak mamy wydać nowy podcast raz na jakiś czas, to mimo wszystko lepiej to zrobić, niż myśleć: „Eh, zaczniemy publikować, dopiero jak będziemy mogły zapowiedzieć, że będzie to raz na tydzień”. To bez sensu. A.: Tym bardziej że nie było tygodnia, i to nie skłamię, żebyśmy nie dostały wiadomości: „Dziewczyny, kiedy będą podcasty?”, „Kiedy podcasty?”, „Dlaczego jest przerwa w podcastach?”. To bardzo miłe i za każdym razem, gdy dostawałyśmy taką wiadomość, to jedna drugiej ją wysyłała, że są tutaj osoby, które nas słuchają. To jest bardzo pozytywnie nakręcające nas do tego, żeby nie robić tak długich przerw, a jednak od czasu do czasu puścić podcast. Z.: Nawet jeśli będzie nieregularny. Więc wracamy na odbiorniki. Mamy nadzieję, że na dłużej, ale postaramy się nie fiksować, że gdyby nam się zdarzyło wypaść na jakiś czas, to już wszystko stracone. Czym jest Akademia Płodności? Czas na update!   Z.: Długo myślałyśmy z Anią o tym, co nagrać. Jak już usiadłyśmy tutaj, na dole, to się zaczęły jakieś trudne tematy polityczne i zanim odpaliłyśmy nagrywanie, to minęło z 20 minut kolejnych rozkmin. Jesteśmy więc dobrze rozgrzane, prawie do czerwoności. Ale stwierdziłyśmy, że po takiej przerwie i po tym, kiedy wyszedł podobny odcinek o tym, czym jest Akademia Płodności, a było to trzy lata temu, nagramy taki trochę update. A.: Mały update. A że pojawiło się u nas sporo nowych osób – witamy was serdecznie – to chciałybyśmy poopowiadać o tym, czym jest Akademia Płodności, co tu się zmieniło od ostatniego podcastu, kim jest Anna, czyli ja, kim jest Zofia. Z.: Czyli ja. A.: Czyli ty. Z.: Czyli ten głos drugi. A.: Kim są te osoby. Z.: Co wy możecie tutaj dla siebie znaleźć w tej Akademii. Co będzie wam najbardziej w duszy grać. Bo tak wielotorowo staramy się prowadzić to korpo. To coś. Ten twór. A.: Pieszczotliwie nazywany korpo, chociaż daleko nam do niego. Siedzimy sobie tutaj, nagrywamy w garażu. Z.: W sentymentalnym garażu. To jest bardzo śmieszne, bo naprawdę nagrywamy w garażu, który początkowo był domkiem micry mojego dziadka, potem został naszym biurem. By the way to biuro to jeden z lepszych okresów w Akademii, nie? A.: Zdecydowanie. Z.: Jak przyjechało do nas Dzień Dobry TVN nagrywać o nas reportaż, to nagrywano go właśnie w tym biurze. To było bardzo zabawne. Szybko był korytarz malowany. Anka jakieś obrazy przywoziła. Kwiatki były kupowane, żeby ładniej tu wyglądało. Ale ogólnie tworzymy z garażu, gdzie kiedyś mieszkała micra dziadka Julka. Teraz to jest studio podcastowe. A.: Mamy studio podcastowe, a nasze biuro mamy wyżej, nad micrą dziadka. Z.: Tak. Tak że śmiesznie. A.: Taka domowa atmosfera. Cofnijmy się do 2017 roku… Z.: A dzisiaj opowiesz mi o tym, czym jest Akademia Płodności obecnie dla ciebie? A.: Dla mnie Akademia jest miejscem, które stworzyłyśmy wspólnie z Zosią wiele lat temu. Miejscem, które potrafi dodać sił tym, którzy tej siły nie mają, poprzez wiele rzeczy, które tworzymy. W Akademii zawodowo wspieramy płodność dietą. Zosia jest dietetyczką, ja jestem dietetyczką i tym się zajmujemy. Ale odłamem Akademii jest również wsparcie psychiczne, z którego jestem najbardziej dumna, bo wcale nie musiałyśmy tego robić, a to jest taką naszą cegiełką na rzecz świata niepłodności. Z.: No ładnie powiedziałaś, podoba mi się. Ładnie, ładnie. Nawet bym powiedziała, że już prawie mnie osadziłaś całkiem nieźle w tych naszych rewirach. Akademię otworzyłyśmy w 2017 roku, więc to było bardzo dawno temu, bo w 2018 wychodziły pierwsze… Tak, Aniusiu. Aniusia nie dowierza. A.: Tak. Z.: 2018 to był ten ostatni rok mojej niepłodności, bo w 2019 urodziłam już Krysię. Możesz sobie przescrollować, moja droga, Instagram i zobaczyć pierwsze posty. To była końcówka roku, chyba 28 grudnia. A pamiętam to dlatego, że to jest prawie identycznie związane z moją datą ślubu. Dieta płodności? A co to takiego? Z.: Bardzo się zmieniłyśmy przez te lata. Natomiast nie zmieniło się to, że te dziewczynki, które kiedyś stwierdziły, że stworzą razem miejsce będące wsparciem dla niepłodnych osób, same mierzyły się z tym, że to czekanie się przedłużało. To nas chyba wyróżnia. Oprócz tego, że w pewnym momencie bardzo uwierzyłyśmy w tę dietę. To był jeszcze czas, kiedy nikt w nią nie wierzył. To był trudny okres dla nas jako dietetyków. Mam takie wspomnienie, że jak oświadczyłam, że otwieramy Akademię, to ludzie się pukali w czoło i nie wierzyli, że to ma rację bytu. Wręcz współczuli mojemu mężowi. Miałam wrażenie, że nie jestem zbyt rozsądną osobą, skoro się porywam na taki pomysł. Nie wierzyli w to też ludzie, którzy teraz zawodowo się tym zajmują. Mam poczucie, że byłyśmy przecieraczkami szlaków. Trochę waliłyśmy głowami w mur. Większość badań była publikowana tylko na anglojęzycznych stronach. Polska jeszcze niestety za tym nie szła. Trochę coś było w temacie PCOS, ale bardzo mało. Teraz już tych badań jest więcej i wreszcie świat jakby dostrzegł potencjał diety, dzięki której możemy poprawić nasze zdrowie. Ale mam poczucie, że jednak Akademia przecierała te szlaki. I była jedną z pierwszych. A.: Ja dosłownie czułam, że walimy głowami w mur. Naprawdę. Ta dieta to takie: „No dobra, nie zaszkodzi”. A jednak jest wiele dietozależnych jednostek i dieta może pomóc wesprzeć płodność i zwiększyć szansę na ciążę. Chociażby PCOS, otyłość… Z.: Tak jest! A.: …obniżone parametry nasienia – jeżeli są związane ze stylem życia, to możemy zrobić tak wiele! Ta dieta była w takich przypadkach pomijana, a my wchodziłyśmy całe na biało i mówiłyśmy: „Spróbuj. Zobacz, jak to działa”. I tak to się zaczęło. Coś dla niedowiarków Z.: Od tego 2017 to u niektórych staraczek mamy już dwa pokolenia dzieciaczków, u niektórych rośnie trzecie. A.: Mamy takie przypadki. Z.: To jest niesamowite. Towarzyszymy wam od bardzo wielu lat i coraz więcej z was idzie tym naszym nurtem i postanawia nam zaufać. Potem dostajemy cudowne wiadomości, że wow, kurczę, trzy lata nie wierzyłam, stymulacje nie wychodziły, ale stwierdziłam, że w sumie co mi szkodzi, spróbowałam i się okazało, że albo mniejsze dawki leków na stymulację były potrzebne, albo w ogóle owulacja wystąpiła spontanicznie, albo że nasienie męża jednak nie jest takie słabe. Na szczęście przez kilka miesięcy zmieniliśmy wszystko tak, że się udało, i zobaczcie – to jest nasz „kropek”. Wiemy, że tam jesteście, niedowiarki, po drugiej stronie. Wiemy, że jeśli trafiacie na ten temat pierwszy raz, możecie w to nie wierzyć, ale zostańcie z tym, dajcie sobie czas. Wejdźcie na nasz Instagram, poczytajcie trochę historii, sprawdźcie badania, które publikujemy, zapiszcie się na nasz newsletter, bo regularnie wysyłamy maile. Jak się zapiszecie, to dostaniecie wiadomości, które stworzyłyśmy na start. A.: Tak, zachęcające. Z.: Nazywają się „6 kroków do płodności”. Wow, pamiętam jeszcze. Tworzyłyśmy to już jakiś czas temu. A.: Tak, tak. Z.: I tam jest bardzo dobre wprowadzenie. Tam też wysyłamy darmowe diety, takie próbki na start, żebyście zobaczyli, jak to jest zbudowane i czym jest ta dieta płodności. A potem towarzyszymy wam i wysyłamy wiadomości najczęściej co drugi czwartek. Średnio co dwa tygodnie jesteśmy na waszych skrzynkach z czymś nowym i tam omawiamy np. jakieś wyniki badań i się dowiadujecie różnych fajnych rzeczy o płodności, więc zapraszamy. Akademiowe diety i e-booki Z.: Co jeszcze robisz, Aniusiu, cyklicznie w tej Akademii? A.: Cyklicznie wydajemy diety. Z.: Tak. A.: Wydajemy diety w różnych okresach roku. Z.: Związane z porami roku najczęściej, żeby były sezonowe. A.: Tak, żebyście mieli dostęp do tych produktów, które aktualnie się znajdują. I to już robimy od lat. Akademiowe diety to właśnie diety sezonowe. I to się nie zmienia. Nie planujemy na razie, żeby coś się zmieniło, ponieważ wiemy, że te diety mogą pomóc i są dla was drogowskazem. Dużo tworzymy też materiałów, z których można korzystać. Ale jeżeli to jest dla was niewystarczające, to zawsze zostają diety i e-booki, które też mamy w naszej Akademii. Z.: Tutaj muszę wam zrobić wprowadzenie. Dieta to już gotowa rozpiska. Jestem gotowa na
Co daje siłę podczas starań? Skąd ją brać, skoro lecisz na oparach? Jak na nowo wzniecić w sobie ogień do walki? Na te pytania odpowiadamy dziś wspólnie z innymi staraczkami. Ten odcinek stworzyłyśmy razem z wami. Posłuchaj, co mamy do przekazania. Plan odcinka Co daje siłę podczas starań? Wsparcie Akademii Wizualizacje i terapia Bukiet stokrotek Plan działania i „projekt żyćko” Dać coś sobie Co powiedziałabyś innej staraczce? Na ostatnim oddechu Transkrypcja podcastu Akademii Płodności Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko. Ania: Dzień dobry, dzień dobry w kolejnym podcaście. Zosia: Czekałam na to „dzień dobry, dzień dobry”. To jest taki twój firmowy start. Bardzo mi się podoba, nie chciałam tego obśmiać. Tylko po prostu nigdy nie ma tam „dzień dobry” i koniec, tylko zawsze „dzień dobry, dzień dobry!”. A.: Całkiem naturalnie. Z.: To jest takie twoje na maksa. A.: Takie moje. Z.: Jak Aniusia zaczyna, to jest zawsze „dzień dobry, dzień dobry”. Już wiadomo, że to ona. Co daje siłę podczas starań? Z.: Dzień dobry. Witamy w kolejnym podcaście. A.: Tym razem porozmawiamy sobie… Właściwie – od początku. Jakiś czas temu zadałyśmy wam pytanie, co daje siłę podczas starań i co powiedziałybyście drugiej staraczce, aby dodać jej skrzydeł w tej walce. I o tym będziemy rozmawiać. Przeanalizujemy sobie, co odpowiadałyście, co padało najczęściej. I zaczynajmy. Z.: Ja jeszcze bym tylko dodała, że jakbyście chcieli współtworzyć te podcasty, bo to wy pomogłyście nam stworzyć ten odcinek, to warto być na naszym Instagramie. Tam zostawiamy te okienka z pytaniami. Jeśli jeszcze was tam z nami nie ma, to bardzo zachęcamy. To jest chyba takie najbardziej interaktywne miejsce. Tam najwięcej ze sobą rozmawiamy. A z kolei najwięcej treści od nas pojawia się w newsletterze, więc jeżeli nie jesteście tam zapisani, to mam takie dwa zaproszenia. Instagram i newsletter to są dwa miejsca, do których bardzo proszę dołączyć. Zapraszamy z otwartymi ramionami. A.: Zapraszamy i bardzo dziękujemy za wypełnienie tego okienka i za to, że zechciałyście poświęcić chwilę, aby podzielić się swoimi myślami. Z.: Dużo w ogóle odpowiedzi było, jestem bardzo zaskoczona. A.: Bardzo dużo. Z.: Mamy tutaj ich wszystkie screeny i będziemy się z wami nimi dzielić, ale jest ich dużo. To super, że możecie coś usłyszeć od innych staraczek. Chyba chciałabym uczulić na wstępie, że nie każda z tych rzeczy, która tu padnie, będzie rezonować z wami. Dajcie sobie na to przestrzeń, bo jesteśmy różnymi osobami. Zupełnie inne rzeczy są dla nas istotne i inne dają nam siłę. Prawdopodobnie nie każda z tych odpowiedzi będzie taką, która wam pomoże. Ale wierzymy, że chociaż kilka znajdziecie dla siebie takich, które mogą być pomocne. Partner jako największe wsparcie A.: Dobrze. Zaczniemy sobie od tego, że większość z was odpisała, że siłę podczas starań dają wam wasi partnerzy, mężowie. Czy tak było, Zosiu, w twoim przypadku? Z.: Tak, teraz mogę odpowiedzieć, że tak. Ale mogę to zrobić z perspektywy czasu. Nie zawsze miałam takie poczucie, że mój mąż jest dla mnie największym wsparciem podczas starań. Teraz to widzę z lotu ptaka, kiedy jestem w stanie z wieloletnim dystansem spojrzeć na swoje życie. Ale wtedy, z perspektywy tamtej Zosi-staraczki nie zawsze postrzegałam go jako gościa, który kroczy ze mną. Albo sobie wyobrażałam, że będzie kroczył innym tempem, że mi nie dotrzymuje kroku, że idzie za wolno lub w pewnych momentach mnie wyprzedza. Nigdy nie miałam tak, że zwątpiłam. Zawsze graliśmy do jednej bramki. Ale nie było tak, że w trakcie starań mogłam być jedną z autorek tych odpowiedzi, które mówią, że mój stary to mnie zawsze zrozumie, uniesie na swoich skrzydłach, kiedy moje są poranione i ja już nie mam siły nimi poruszać. Raczej to nie ja byłabym autorką takiego okienka, w którym mogłabym powiedzieć, że mój mąż. On zawsze był, wiedziałam, że mogę na nim polegać, ale on był taki… Boże, no nie wiem… Niewystraczający? Mieliśmy też bardzo trudny czas podczas starań, więc nie mogłabym wtedy powiedzieć, że mój mąż to moja siła. Teraz z perspektywy czasu widzę, że nikogo nie było przy mnie tak mocno jak on, ale wtedy tego nie dostrzegałam. A.: Czułaś, że to było niewystarczające. Z.: Tak. Albo właśnie takie nie moje. Że ja bym to widziała inaczej. Tak jak rozmawiałyśmy, że kiedy ty chciałaś płakać, to on nie robił tego, tylko postrzegał to działanie inaczej, co dla ciebie nie było wspierające. Trochę się mijaliśmy. Mąż jako jedyna osoba wtajemniczona Z.: A u ciebie? A.: Na początku w ogóle nie przyszłoby mi do głowy, że mój mąż jest wspierający. Nie mogłabym również być autorką tego zdania w okienku. Ja nie czułam jego wsparcia. Inaczej je sobie wyobrażałam. Ale po pewnym czasie mogłabym śmiało napisać, że stał się główną wspierającą mnie osobą. I tak naprawdę, analizując to wszystko, to w jego ramionach znajdowałam pocieszenie, a nie w ramionach kogoś innego. To nie była koleżanka, mama, przyjaciółka, tylko co by się nie działo, to płakałam jemu. Z.: Tylko on był jedyną osobą wtajemniczoną w historię waszych starań. A.: Na początku tak. Z.: Ewentualnie forum i internet. A.: Ewentualnie przyjaciele, ale to był taki moment, w którym oni pomimo najszczerszych chęci nie byli w stanie mnie zrozumieć. Byliśmy trochę na innym etapie życia. Żeby wam to nakreślić: ja się starałam o dziecko bardzo wcześnie. Bardzo młodo wyszłam za mąż, jako dwudziestolatka. I ci moi znajomi może nie do końca rozumieli, co się dzieje w mojej głowie. Część z nich jeszcze po prostu imprezowała. To byli ludzie na studiach. Nasze życia były totalnie inne w pewnym momencie. Z.: Skrajnie różne, no. A.: Nie spotkała mnie żadna nieprzyjemność z ich strony. Oni mi towarzyszyli, ale nie na tyle, na ile… Nawet nie miałam wobec nich oczekiwań. Oni byli o tym poinformowani, ale też nie mogłabym powiedzieć, że byli taką siłą napędową. Oczywiście mogliśmy sobie wyjść, spędzić miło czas, mogłam im to powiedzieć. To było wystarczające. Powrót do czasów młodości Z.: Ale zobacz. Mam takie przemyślenie. Moje starania o dziecko były dekadę później niż twoje pierwsze. I mimo wszystko mam w sumie podobne odczucia. Bo było już sporo znajomych z dziećmi, natomiast ci moi najbliżsi wciąż mieli inne plany na życie. Inne priorytety. I dopiero teraz mogę im towarzyszyć. I dopiero teraz oni rozumieją te moje potrzeby z wtedy. Bo moi znajomi teraz się starają, więc dopiero zaczynają smakować niepłodności. A wtedy to było takie, że wspieramy, ale tak nie do końca podzielamy te marzenia, więc nie jesteśmy w stanie wczuć się w twoją sytuację. Rozumiemy, że możesz nam opowiadać o swoich pragnieniach, tylko one nie są nasze, więc mogę tylko sobie to wyobrazić i być, a nie rozumieć to doszczętnie całą sobą. A.: Czyli to rozumienie pogłębia się wraz z wiekiem. Bardziej się rozumiemy. A wtedy, jak byliśmy młodzi, to było takie: aha. Uczenie się emocji, tego jak się ze sobą rozmawia – to nie były tematy. Bardziej się rozmawiało o tym, dokąd idziemy albo czy zamówimy sobie pizzę, a nie o tym, że Ania z Misiem mają ciche dni. Dziewczyny dopiero wtedy poznają swoich partnerów… Z.: I to nie tych ostatnich prawdopodobnie. A.: Więc to była taka młodość. W młodości zderzyłam się z niepłodnością. A teraz to pewnie wyglądałoby inaczej. Moi znajomi są też na innym poziomie mentalnym. Z.: Ale nie wiemy tego, to jest tylko gdybanie. A.: No nie wiemy, aczkolwiek problemy, które nam towarzyszą różnorakie, niezwiązane z niepłodnością, a po prostu z życiem… Z.: Są dla dorosłych ludzi. A.: I wspieramy się w nich nawzajem. No, to tak, tyle. Wsparcie Akademii Z.: Patrzę sobie w okienka, aby wam przeczytać jakąś następną rzecz, która dawała wsparcie. Dużo jest o nas, bardzo mi miło. Wszędzie widzę, że my, nasza dieta, historie osób, którym się udało. I cieszę się, to jest jeden z głównych powodów zaistnienia Akademii. To jest to, co nam daje siłę, ale wam przede wszystkim. To jest takie perpetuum mobile, napędzamy się nawzajem. Wiemy, że to jest po coś, to się naprawdę przydaje. To super móc wam towarzyszyć. Czasami to będzie dieta, czasami czytanie historii, czasami właśnie odsłuchanie podcastu i dowiedzenie się, że masz prawo czuć to, co czujesz. Fajnie wiedzieć, że możemy kroczyć z wami. I chociaż troszeczkę przez chwilę ponieść za was te ciężary, które potem i tak na metę musicie donieść sami. Trochę też tak jest, że jak czytamy o tych udanych historiach, to bardzo wiele jest braku sprawczości przy tej niepłodności i takiego poczucia bezsilności, że co byś nie zrobiła, to nie masz na to wpływu. Jak zaczynasz nagle panować nad dietą i ogarniać swój talerz i higienę życia, to jest to coś, co jesteś w stanie zrobić. Na inne rzeczy nie masz wpływu, więc nie możesz się na nich fiksować. To jest cholernie trudne. Spośród rzeczy, na które jesteś w stanie zadziałać i które dają ci minimalne poczucie kontroli i sprawczości, że cokolwiek możesz zrobić, aby przesunąć szalę na swoją stronę, to fajnie, że można np. wdrożyć dietę. Wizualizacje i terapia A.: Co daje siłę podczas starań? Wiele z was pisało również, że wyobrażenie sobie, że trzymacie to maleństwo w ramionach i jak ono mówi do was „mamo”. Jedna z was napisała, że walczy dla tego jednego słowa. Takich odpowiedzi również wpadło kilkanaście. Ta wiara w to, że kiedyś ta historia się skończy. Tutaj zaraz mam kolejną odpowiedź w nawiązaniu do tego, co już wspominałyśmy, że daną staraczkę wspiera mąż oraz myśli, że pomimo wszystkiego będą szczęśliwi. Z.: Wizualizacja to jest w ogóle bardzo silne narzędzie. Jak nie wiecie, jak się do tego zabrać, bo czasami jest to bardzo kanciaste, aby wyobrazić sobie coś, co jest takie nierealne, a tak bardzo o to walczymy, to czasami pomaga w tym terapia. Bo w ogóle odpowiedzi, że terapia, było sporo, więc możemy to już przytoczyć. Ale fajnie też to wyważyć, aby nie żyć tylko w świecie marzeń, bo to może być bardzo bolesne, gdy nie udaje się ich długo spełnić. Ale można wizualizować sobie różne rzecz
loading
Comments 
loading